Świadectwo Bożego Miłosierdzia i opieki Matki Najświętszej.
Chciałem podzielić się moim świadectwem, które otrzymałem dzięki Miłosierdziu Bożemu i Niepokalanej Dziewicy Maryi. Opisuję je na większą chwałę Bożą i ku czci Bogurodzicy. Nie jest to opowieść o katastroficznym filmie ani mój wymysł, lecz spisane z natchnienia Ducha Świętego, który mnie teraz prowadzi. Mieszkaliśmy w Piekarach Śląskich. To była noc. W samochodzie był tata, mama, wujek, ja (miałem wtedy 10 lat) i moja 2-letnia siostra. Mój o rok młodszy brat musiał zostać z babcią. Jechaliśmy „dużym fiatem” w kolorze pomarańczowym. Tata pracował jako cieśla i dobrze zarabiał – w tamtych czasach pieniądze miały inną wartość niż dzisiaj. Jechaliśmy w podróż do Mławy, gdzie tata miał zlecenie. My – dzieci i mama – mieliśmy zostać w hotelu, a tata z wujkiem mieli pracować. Pamiętam to pochmurne niebo i padający deszcz. W drodze tata zauważył, że jesteśmy zmęczeni, więc postanowił zatrzymać się w najbliższej restauracji na posiłek. Po godzinie ruszyliśmy dalej, bo cel był już blisko. Wjechaliśmy na trasę. Widzieliśmy dwie kobiety szukające autostopu, ale tata nie zatrzymał się, bo w aucie nie było miejsca. Odwróciłem się do tyłu i razem z wujkiem słyszeliśmy, jak te kobiety nam przeklinały. W tym samym momencie objawiła mi się Matka Boska – kiwała palcem na boki. Tylko ja Ją widziałem.
Tata jechał dość szybko, około 120 km/h, bo śpieszył się do pracy. Mama prosiła, żeby zwolnił. Odwróciłem się znów i ponownie ujrzałem Matkę Bożą. Nagle tata próbował zahamować, ale hamulce zawiodły. Chciał skręcić, lecz kierownica złamała mu się w rękach. Uderzyliśmy w barierkę. Pod nami była czterometrowa przepaść. Polecieliśmy w powietrze, uderzając w drzewo. Koziołkowaliśmy sześć razy, uderzając w kolejne drzewa. Kierowcy jadący za nami zatrzymali się, by pomóc, mimo że auto mogło w każdej chwili wybuchnąć. Samochód był jednak tak zniszczony, że nie dali rady nic zrobić. Ludzie łapali się za głowy, mówiąc: „Oni na pewno nie żyją”. Wtedy tata krzyknął, żeby dzwonili po pomoc. Zobaczyłem moją mamę – całą we krwi, krew leciała jej z ucha, była nieprzytomna. Tata rozpłakał się na ten widok. Strażacy wyciągnęli mamę i przekazali ratownikom. Trwała reanimacja, bo jej serce przestało bić. Lekarze tracili już nadzieję, gdy nagle serce znów zaczęło bić. Zabrali ją do szpitala. Czekaliśmy na drugą karetkę. Gdy nas wyciągali, widziałem te dwie kobiety od autostopu – przeszły obok, patrząc w naszą stronę, i nawet się nie zatrzymały. Nagle znikąd pojawił się mężczyzna. Dla mnie był to posłaniec Boży, anioł. Na miejscu pojawiła się też telewizja. W szpitalu lekarze powiedzieli tacie, że mama jest nieprzytomna i jeśli z tego wyjdzie, to będzie cud – oni nie dawali jej szans na przeżycie. Okazało się, że ma pękniętą czaszkę i musi przejść operację trepanacji. Po badaniach okazało się, że mi i mojej małej siostrze nic się nie stało. Zostaliśmy na obserwacji. Tata miał złamaną nogę, a wujek nos.
Wtedy przyszedł ten mężczyzna, którego nazwałem „Dobrym Samarytaninem”. Zaproponował, że weźmie nas do swojego domu, dopóki mama nie wyjdzie ze szpitala. Razem z tatą odwiedzali nas i mamę. Przyjechała też policja. Powiedzieli, że w miejscu, gdzie mieliśmy wypadek, często giną ludzie. To, że przeżyliśmy, uznali za cud. Ta droga była nazywana „drogą śmierci”. Mieszkaliśmy u tego posłańca, którego Bóg nam zesłał. Dawał nam jeść, zapewnił spanie, kupował słodycze i nie chciał za to żadnych pieniędzy. Mama wybudziła się ze śpiączki po dwóch tygodniach. Mówiła, że widziała jasny tunel i światło, jakiego nie ma na ziemi – przeżyła śmierć kliniczną. Po miesiącu wyszła ze szpitala. Kiedy wróciliśmy do domu, babcia na nasz widok rozpłakała się. Powiedziała, że widziała w telewizji wywiad ze strażakiem, który krótko podsumował akcję: „To był cud”. Kilka dni później pojechaliśmy do Częstochowy, by modlić się i dziękować Bogu oraz Maryi. Piszę to, by pomóc innym zrozumieć i uwierzyć, że Bóg naprawdę istnieje. On nas kocha, jest obecny w świecie i działa tam, gdzie najmniej się Go spodziewamy. Nawet gdy my odwracamy się od Stwórcy, On nas nigdy nie opuszcza. To my często Go zostawiamy, a potem pytamy, dlaczego nasze życie tak wygląda. Musimy pamiętać, że mamy wolną wolę i sami odpowiadamy za swoje czyny. Z Bogiem możemy wszystko – On czeka, aż otworzymy Mu drzwi naszych serc. Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu. Mam teraz 47 lat. Nawróciłem się, gdy miałem lat 35. Na koniec krótka modlitwa:
Ojcze Niebieski, zanurzam w Najdroższej Krwi Chrystusa wszystkich tych, którzy czytają moje świadectwo. W imię Jezusa proszę Cię za tych, którzy w Ciebie nie wierzą – daj im prawdziwą wiarę, aby uwierzyli w Ciebie, jedynego Boga, który jest obecny w świecie i troszczy się o swoje dzieci. Udziel im światła, aby odnaleźli właściwą drogę do Ciebie. Umocnij ich w wątpliwościach, wlej w ich serca głęboką nadzieję, aby Ci zaufali i mogli świadczyć o Twoim Miłosierdziu. Niech dzieje się Twoja wola. Amen.