Joanna
Od dłuższego już czasu zamierzałam złożyć moje świadectwo, ale dzisiaj zostałam przynaglona słowami cytatu z "Dzienniczka" świętej Faustyny. Jestem mężatką z wieloletnim stażem,gdyż blisko trzydziestoletnim. Oboje z mężem pochodzimy z rodzin wielodzietnych i od początku naszego małżeństwa byliśmy otwarci na życie. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na przyjście na świat naszych dzieci. Po dwóch latach oczekiwania...
Czytaj całe świadectwo
Od dłuższego już czasu zamierzałam złożyć moje świadectwo, ale dzisiaj zostałam przynaglona słowami cytatu z "Dzienniczka" świętej Faustyny. Jestem mężatką z wieloletnim stażem,gdyż blisko trzydziestoletnim. Oboje z mężem pochodzimy z rodzin wielodzietnych i od początku naszego małżeństwa byliśmy otwarci na życie. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na przyjście na świat naszych dzieci. Po dwóch latach oczekiwania zaczęłam podejrzewać, że coś jest nie w porządku, gdyż czekaliśmy bezskutecznie. Zaczęły się więc wizyty u lekarzy, którzy na początku lekceważyli mój problem, mówiąc, że należy jeszcze poczekać. W tym czasie w naszej wiosce była tzw. biała niedziela, w czasie której lekarze różnych specjalizacji przyjechali bezpłatnie badać pacjentów. Od jednego z nich dostałam skierowanie do specjalisty zajmującego się niepłodnością małżeństw. Zaczęła się długa droga upokarzających badań, pobyty w szpitalu. Jednakże całe te badania nie skupiały się na badaniu naturalnego cyklu,ale zmierzały do przygotowania nas, do podjęcia decyzji o sztucznym zapłodnieniu(wówczas mój młody wiek nie pozwalał tego dostrzec). Tak bardzo pragnęliśmy mieć dzieci! Czas szybko mijał, nasze rodzeństwo z obojga stron dawno było szczęśliwymi rodzicami, a u nas gniazdo było puste! Jak to bardzo bolało, zwłaszcza że rodzina i nie tylko ciągle zadawała upokarzające dla mnie pytanie o dziecko. W tej sytuacji można powiedzieć przestawałam myśleć logicznie i na propozycję lekarza o inseminacji (nie rozumiejąc do końca o co chodzi) wyraziłam zgodę. O stronie moralnej zabiegu, a były to lata 80-te, żaden lekarz nigdy nie wspomniał, a ja byłam święcie przekonana, że wszystko jest w porządku. Pakowano we mnie hormony bez żadnych wyjaśnień o ich skutkach i przygotowywano mnie w szpitalu do pierwszej inseminacji. Niestety, zabieg został wykonany, ale okazał się nieskuteczny. Oboje z mężem byliśmy rozczarowani. Jednakże Pan Bóg, mimo naszych ciągłych złych wyborów, był cały czas z nami. Jadąc samochodem w niedługim czasie po wyżej wspomnianym zabiegu w radiu usłyszeliśmy wypowiedź Jana Pawła II na temat manipulacji życiem i o tym, jakim złem jest sztuczne zapłodnienie! Wówczas, tak jak uczniom, którzy zmierzali do Emaus i nie rozpoznali Pana, nam z oczu opadły "łuski"! Jak bardzo żałowałam tego, co zrobiłam, ale czasu nie da się cofnąć! Jasną sprawą dla nas stało się, że więcej nie pójdę do lekarza po kolejny "zabieg". Od tamtego czasu w zasadzie nie chodziłam do ginekologa, gdyż cała ta nazwa leczenie niepłodności była w rzeczywistości jedynie drogą do "in vitro". Przez wszystkie te lata Maryja wraz ze swoim Synem była bardzo bliska mojemu sercu i cała zaistniała sytuacja nauczyła mnie w zasadzie całkowitego zawierzenia życia Panu, chociaż nie od razu tak było! Na początku był bunt, szemranie, stawianie Panu Bogu terminów!!! Nie wiem, kiedy to się stało, ale słowa Ewangelii o świętej Elżbiecie dotarły do mnie z całą mocą i już wiedziałam, że ... "A oto również krewna Twoja,Elżbieta,poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego". Całe moje dalsze życie skupiło się wokół tych właśnie słów. Chociaż szatan szalał, podpowiadał różne złe rzeczy poprzez różnych ludzi, pomimo moich upadków, ja trwałam przy tej obietnicy. Pan cały czas kierował moim życiem, pomimo nieraz moich oporów. Zmusił mnie do pójścia do ginekologa, gdyż niedomagałam, musiałam powrócić do szpitala na badania i zabiegi, lecz na propozycję lekarza o zabiegu ":in Vitro" napotkał na mój świadomy i zdecydowany opór oraz odmowę. W tum czasie moim umocnieniem był Jezus Miłosierny w swoim obrazie, chociaż wtedy nie wiedziałam o nim tyle, co obecnie. Ja cały czas czekałam i pomimo opinii, że na nas nie można liczyć(chodziło o potomstwo, nie zwątpiłam. Po trzynastu latach oczekiwania Pan obdarzył nas synem i tak w wieku czterdziestu lat zesłał nam ślicznego, wyczekiwanego syna! Bądź uwielbiony, Panie, za niezgłębione Miłosierdzie i Ty, Maryjo, Matko Miłosierdzia! Błogosławię i uwielbiam aż po kres swoich dni!!!