Wiele razy można przeczytać “Dzienniczek” Siostry Faustyny i za każdym razem otrzymujemy światło poznania nowych horyzontów. Szczególnie ludzie nawracający się do Boga i ofiarujący Jemu całe swe życie czasami przeżywają coś, co nadaje mu nowy kierunek. Ogromna część ludzkości, która żyje i cierpi w początkach nowego stulecia i zarazem trzeciego tysiąclecia, nie zna dobrze swej wiary. A jednak przybywa tutaj do źródeł ufności, szukając czegoś, co jako jedyne może pomóc odnaleźć sens lub przywrócić jakiś zapomniany wymiar życia.
Jednym z takich ciekawych opisów doświadczeń duchowych Siostry Faustyny jest pomoc w zbawianiu świata. Poniższy fragment z “Dzienniczka” każe się na moment zatrzymać, a nawet – wciągnąć do wewnątrz. Przeczytajmy razem jeszcze raz:
„Dziś wszedł do mnie Pan – i rzekł: «Córko Moja, dopomóż Mi zbawiać dusze. Pójdziesz do konającego grzesznika i będziesz odmawiać tę koroneczkę, a przez to wyprosisz mu ufność w Moje miłosierdzie, gdyż już jest w rozpaczy». Nagle znalazłam się w nieznanej chacie, gdzie konał starszy już człowiek w strasznych mękach. Wkoło łoża było mnóstwo szatanów i płacząca rodzina. Gdym się zaczęła modlić, rozpierzchły się duchy ciemności z sykiem i odgrażaniem mi; dusza ta uspokoiła się i pełna ufności spoczęła w Panu. W tej samej chwili ujrzałam się w swym pokoju. Jak się to dzieje – nie wiem” (Dz. 1797).
Ten dość mocny tekst nie jest zapisem snu ani halucynacji. Z niezwykłą ascezą słowa i precyzją godną największych teologów i doktorów Kościoła opisuje przeżycie wewnętrzne, ale widziane niejako od zewnątrz. Inicjatywa należała do Jezusa. Po prostu przyszedł On do swej oblubienicy i poprosił o pomoc. Wszechmocny Bóg, który prosi o pomoc człowieka? Tak, właśnie tak. Bóg mógł starszego mężczyznę sam zbawić. Ale poprosił o pomoc. Faustyna pisze, że stanem wewnętrznym umierającego była rozpacz. To skrajne odczucie bezradności, bezsilności i niemożliwości usprawiedliwienia inaczej jak przez wiarę. Ów konający o mało nie stracił życia wiecznego. Sądził, że to już koniec. Nie ufał. A mimo to dla Boga nie ma żadnych przeszkód. To do Jezusa należała w tej mini-historii cała inicjatywa. Jednak to nie wystarczyło. Jezus zwraca się do stworzenia. Nie działa sam, lecz jako Trójjedyny wchodzi w relację z Faustyną, opartą tylko na samej ufności.
Jeśli ufność nasza będzie wielka, zaczną się dziać rzeczy boże. Ale trzeba zaufać. Im więcej zaufamy, tym większa jest hojność Boga. Ów człowiek, mieszkający gdzieś zapewne w Polsce, był z pewnością grzesznikiem. W innym miejscu Faustyna podaje, że rozpacz jest skrajną nieufnością. Tak działa zło i moralna wina. Najpierw czujemy się tylko niegodni. Potem uznajemy, trochę w pysze, że nie zasługujemy na miłość Pana. Na końcu wpadamy w rozpacz, która, odrzucając pomoc Boga, jest grzechem przeciw Duchowi Świętemu. Wszystko, co można wyciągnąć z tej lekcji jest jasne: ludzie są często pod koniec życia w takim stanie, że sami z siebie już nic nie mogą zrobić. Życie przeminęło. Winy pozostały. Może nieodpuszczone nawet sakramentalnie, może zapomniane albo zatajone.
Tak czy owak, człowiek ten został zbawiony. Nie utracił życia wiecznego. Jednak do tego potrzebna była także pomoc ludzka. I pamięć o tym, jak bardzo umierający potrzebują pomocy duchowej, a nie tylko samej fizycznej obecności. I wnioski, jakie płyną z życia duchowego: nikt nie zbawia się sam. Na nic pozytywne myślenie, afirmacje i inne pseudo-psychologiczne teorie. Jezus w innym fragmencie mówi, żeby człowiek, który wreszcie stanie “twarzą w twarz” z bolesną prawdą o sobie, nie rozpaczał, lecz zwrócił się z ufnością do Niego. Agonia i śmierć dotyczą wszystkich. Bez wyjątku. I w tym szczególnym momencie jest właśnie bycie między rozpaczą a ufnością.
Można powiedzieć tak: skoro tyle w życiu udało się nam osiągnąć bez Boga, to ile byśmy zrobili dobrego, zdając się na zaufanie. Dlatego trzeba być wdzięcznym. Ile łask byśmy otrzymali, gdyby nie brak zaufania. Warto nad tym reflektować. Warto. Bo jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą.
Rafał Sulikowski












