Jezu, dziękuję, że mnie uratowałeś..., że przywróciłeś mnie do życia. Trzy lata temu próbowałam popełnić samobójstwo. Zostawił mnie narzeczony, ktoś pomyśli, ze to śmieszny powód, ale dla mnie zawalił się cały świat. Był dla mnie wszystkim, na nim opierałam moje życie... i może ten błąd chciał mi uświadomić Bóg, bo gdy odszedł, zostałam z niczym, nie miałam nawet własnej tożsamości. Gdy obudziłam się rano bez żadnych dolegliwości po zażyciu całego opakowania nasennych tabletek, wiedziałam, że to nie przypadek, że Bóg z jakiegoś powodu chce bym żyła... i tak to się zaczęło. Zmieniło się wszystko. Od tej chwili to Bóg był na pierwszym miejscu, przyjęłam Jezusa do serca jako mojego Pana i Zbawiciela, chciałam, by kierował moim życiem... Dziś jestem szczęśliwą mężatką najwspanialszego człowieka, jakiego mogłam sobie wymarzyć, który mnie szanuje i kocha. Niedawno urodził nam się syn... W tej sprawie także zawierzyłam Bogu! Dostałam słowo, a wkrótce zaszłam w ciąże. Po narodzinach nasze dziecko okazało się być chore i wtedy poznałam św. Faustynę. Modliłam się do niej i do Jana Pawła II. Najgorsze prognozy się nie sprawdziły, a nasz synek wkrótce był zdrowy w domu. Dziękuję Ci, Jezu, za wszystkie błogosławieństwa, za każdy dzień, który mi ofiarujesz, za to, jak wiele nauczyłeś mnie w ciągu ostatnich dwóch lat, jak przewartościowałeś moje życie... Kiedy wydaje się nam, że wszystko się kończy, to Bóg ma dla nas nowy początek... Żałuję, że nie każdy potrafi Mu na tyle zaufać. To ciężka droga, każdy dzień stawia przed nami nowe wyzwania i trudności..., ale tyle wpisanych świadectw mówi za siebie... Warto, dla każdego pojedynczego cudu, dla deszczu, dla udanej operacji, dla uzdrowienia, nawet dla najmniejszej nadziei, która nadaje sens i rozpala na nowo serce. I tu polecam moją mamę, która wciąż tkwi "po tamtej stronie" i bardzo bym chciała, by kiedyś otworzyła oczy... Św. Faustyno, pomóż! Jezu, ufam Ci...