Chce podzielić się świadectwem, pokazać, jak w nawet "drobnych" sytuacjach życia Bóg pokazuje nam swą miłość oraz to, że chce obcowania z człowiekiem. Każdym. Kilka lat temu byłam na wakacjach na północy Włoch. Nadeszła niedziela. Chciałam iść na Mszę św, do kościoła miałam dobre pół godziny drogi pieszo. Jak wyszłam z domku wakacyjnego zaczęło kropić, potem padać coraz mocniej. Pogoda była okropna, a ja głównie w letnim ubraniu. W końcu zaczęło strasznie lać. Po kilkunastu krokach cofnęłam się, stwierdzając, że "po co mam zachorować" albo "nic się nie stanie, jak raz nie pójdę na Mszę". Odwróciłam się, wracam do domu. Po dosłownie kilku krokach z powrotem coś mnie tknęło: pojawiła mi się myśl, że przecież Jezus wycierpiał o wiele więcej niż jakiś deszcz. W ułamku sekundy odwróciłam się i stwierdziłam, że jednak idę do kościoła. W końcu, po naprawdę długim kawałku drogi, po ok. 20 minutach, doszłam tam. Usiadłam cała przemoknięta w ławce. Po ok. 5 minutach widzę, że zespól muzyczny zaczyna coś grać, jakiś utwór. Zaczynają śpiewać zwrotkę, po włosku. Ale po melodii zorientowałam się, że to moja ukochana piosenka, którą znam z mojego kościoła! To było: "Miłość Ci kazała krzyż na plecy brać". Bóg jeden wie, ile mi to radości dało! Zapomniałam, że jestem mokra, że jest mi strasznie zimno, dziękowałam Bogu za ten Jego "prezent", że przyszłam do Niego. Dziękuję Ci, Jezu, za to, że o każdą duszę sam masz staranie. Że kochasz mnie bardziej niż najczulsza matka swe dziecię, tak jak mówiłeś to do św. Faustyny. Dziękuję Ci za Twą miłość i wszystkie łaski! Kocham Cie ponad wszystko, mój Jezu!