Szczęść Boże! Pragnę podzielić się z wszystkimi moim świadectwem. Jezus Miłosierny zawsze był w moim życiu jak w życiu każdego z nas..., niestety nie zawsze zauważany i doceniany. Zawsze, od dziecka wydawało mi się, że wszystko dzieje się na przekór mi. Mój ojciec jest alkoholikiem odkąd pamiętam, w szkole zawsze byłam wyśmiewana, w domu nigdy się nie przelewało, mój brat obecnie popada w nieciekawe towarzystwo i obawiam się, że może pójść w ślady ojca, grono znajomych było zawsze (i nadal jest) bardzo wąskie. Myślę, że na swój sposób Bóg zawsze był w moim życiu (on zawsze na pewno był przy mnie, niekoniecznie ja przy nim). Rzadko dostrzegałam Jego łaski w moim życiu, miałam wrażenie, że moje modlitwy nie zostają wysłuchane i jestem zbyt grzeszną osobą, by Bóg zechciał cokolwiek dla mnie jeszcze zrobić. W gimnazjum byłam jakby trochę bliżej Boga, chodziłam do kościoła, przyjmowałam sakramenty, zależało mi..., a przynajmniej tak mi się wydawało. W tym czasie dowiedziałam się o Koronce do Bożego Miłosierdzia (od księdza na religii). Zaczęłam się nią często modlić. Moje życie w niczym się nie poprawiało, mimo że bardzo błagałam o to Pana. Poszłam do technikum i jakoś stopniowo niby niezauważalnie zaczęłam się odsuwać. Modliłam się od czasu do czasu, od czasu do czasu chodziłam do kościoła... Niestety, nie przystępowałam już do sakramentów. Kościół i sakramenty święte zaczęłam traktować bardzo symbolicznie, mimo że wiedziałam, że w konfesjonale wyznajemy grzechy przed samym Bogiem i że w Komunii Świętej przychodzi do nas ŻYWY JEZUS - a ja Go tam nie dostrzegałam! Mimo to trwałam tak kilka lat (około 6) wydawało mi się, że i tak jestem bliżej Boga niż inni - jakże łatwo przychodziło oceniać mi w duszy innych, nie widząc swojego zatracenia i obłudy, myślałam, że wyspowiadać to ja się mogę sama przed Bogiem, a przyjąć do serca również mogę Go bez Komunii Świętej, bo Jezusa ma się przecież w sercu przyjmując Go powiedzmy swoją wolą czy jak to nazwać a nie przez hostię, która jest tylko symbolem (och, jakie to złudne i głupie myślenie, wmawianie sobie czegoś chyba dla wygody!). Zaczęły się studia, a następnie ja zaczęłam tracić grunt pod nogami. Wydawało mi się, że nic nie ma sensu, w domu coraz gorzej, ja nie potrafię ułożyć sobie życia, jestem totalnie aspołeczna. Nie chciało mi się żyć, momentami prosiłam Boga, by zabrał moje życie i dał je komuś, kto je doceni i właściwie wykorzysta. Tyle ludzi ginie, choruje, a oni pragną żyć, dać komuś miłość i radość - wszystko to, czego ja nie potrafię. Bywało raz gorzej raz lepiej - z chwilowych nadziei popadałam w totalną rozpacz. Zazwyczaj nie dawałam po sobie na zewnątrz poznać. Zawsze byłam skryta. Potrafiłam z nielicznymi osobami rozmawiać i to tylko o tym, co przyziemne, o tym, co w mojej duszy mówiłam tylko Bogu. Niedawno, bo jakoś w te wakacje zapragnęłam znów zbliżyć się do Boga. Może to wolny czas, że pracuję w domu na niepełny etat i rzadko wychodzę z domu, gdy nie mam zajęć na uczelni, skłoniły mnie ku temu..., a może Bóg się o mnie upomina. Zaczęło mi bardziej zależeć w tym czasie na dwóch moich intencjach, pragnieniach, których spełnienie, jak mi się wydawało, sprawi, że będę szczęśliwa. Ktoś powie: "jak trwoga, to do Boga"... Owszem, tak postępowałam, ale teraz widzę w tym coś więcej, że szczęście jest gdzieś indziej. Zaczęłam niemal codziennie odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia, zależało mi na spełnieniu moich intencji, ale myślę, że nie tylko, że pragnienie Boga również we mnie było. Niestety nie do końca rozumiałam sens tej modlitwy i dziś wiem, że źle się nią posługiwałam. Zaczęłam trochę czytać na temat miłosierdzia i ogólnie o Bogu. Szukałam wskazówek, jak mam żyć, co mam robić, by spełnić w swoim życiu Boży Plan wobec mnie. Bardzo pomocny był dla mnie "Dzienniczek" św. Siostry Faustyny - dał mi odpowiedź na niektóre pytania, wskazał moje błędy, dał nadzieję i większą ufność w miłosierdzie Boże. Jednak nadal szukałam, pytałam, zaczęłam się troszkę więcej modlić, zastanawiać nad swoim życiem i postępowaniem... Nadal, niestety, pozostawia to wiele do życzenia. Zaczęłam dostrzegać niektóre łaski, które wcześniej wydawały mi się być przekleństwem. Dostrzegłam, jak wiele Bóg dla mnie zrobił (takie moje małe cuda i te większe też np. to, że studiuję - zawsze tego chciałam ale jeszcze w szkole średniej wydawało mi się to nierealne m.in ze względu sytuację finansową, to że uważałam się za osobę, która nie poradzi sobie na studiach itp.) Zrozumiałam na pewno jedno, mianowicie spowiedź i Komunia święta są mi potrzebne natychmiast, bez nich ani rusz! No tak, ale jak ja po kilku latach mam się wyspowiadać, owszem jak wiele ludzi w podobnej do mojej sytuacji bałam się jej, bo wstyd przyznać, jak dawno nie byłam u spowiedzi, jak wiele się nagrzeszyło, co sobie ksiądz pomyśli i tak dalej. Wiem, że wielu ludzi to paraliżuje, ale u mnie nie do końca o to chodziło. A raczej było to wszystko plus mój paraliżujący strach przed kontaktem z kimkolwiek. Dla mnie zwykłe zakupy, wyjście gdziekolwiek, załatwienie spraw urzędowych, to cel niemal nieosiągalny. Boję się nawet odezwać, żeby zapytać o godzinę czy zadzwonić w jakiejś sprawie! Jestem totalnie aspołeczna, myślę, że to wynika z tego, że jestem DDA, ale nie chcę też wszystkiego zwalać na to. W pierwszy piątek sierpnia mimo to zaplanowałam, że pójdę do spowiedzi, przygotowałam się, zapisałam sobie grzechy na kartce (wiem, jak małe dziecko, ale po pierwsze było ich trochę, po drugie bałam się, że w stresie sama z siebie nic nie powiem). No i poszłam do kościoła, serce waliło mi jak oszalałe, uklęknęłam i zaczęłam prosić Boga o odwagę i by zaprowadził mnie choćby siłą do konfesjonału. Niestety, strach był tak paraliżujący, że nie dałam rady, zostałam na Mszy bijąc się z myślami, byłam na siebie zła - tak małej rzeczy dla Jezusa nie potrafię zrobić! Wróciłam do domu. Miałam nadzieję, że znów spróbuję, ale nie byłam co do tego przekonana. Jakoś kilka dni wcześniej koleżanka zaproponowała, byśmy poszły na pielgrzymkę do Piekar Śląskich, zgodziłam się z chęcią. Pomyślałam, że to może być kolejna okazja do spowiedzi. Wiedziałam, że będzie trudno, ale chciałam spróbować. Przeczytałam gdzieś, że jeśli mamy jakiś problem, kłopot, powinniśmy go ofiarować Panu słowami: "Jezu, Ty się tym zajmij", ale tak bezgranicznie Mu ufając nie tylko powiedzieć w duszy i nadal się zastanawiać, co i jak mam zrobić, jak to będzie itp. BEZGRANICZNIE ZAUFAĆ! Nie byłam pewna, czy tak potrafię. Owszem całym sercem ufam, że Jezus może wszystko - dosłownie wszystko, ufam, że Jezus bezgranicznie mnie kocha i nawet dla takiego grzesznika, jak ja, spływa zdrój Jego miłosierdzia. Ale nie ufam sobie, wiedziałam, że swoim strachem mącę tę ufność i Jezus nie może w tedy w pełni zadziałać w mojej duszy. Ale mimo to prosiłam o to, by zaprowadził mnie do konfesjonału, by wybaczył mi grzechy i by odbyło się to wszystko zgodnie z Jego wolą a nie moją, nie tak, jak chcę, ale tak, jak On chce. Wiedziałam, że tylko tak może dość do skutku ta spowiedź. Sama nie zrobiłabym jednego kroku w stronę konfesjonału. No i właśnie dziś, poszłam do kościoła uklęknęłam, zaczęłam się modlić. Strach, jaki ogarnął mnie poprzednim razem, był równie silny, myślałam, że znów się poddam, ale po dłuższej chwili wstałam i podeszłam do konfesjonału, czekałam na swoją kolej z widocznie trzęsącymi się kolanami (miałam wrażenie, że wszyscy zebrani w kościele patrzą na mnie i widzą ten strach), ale myślę sobie, że teraz już nie ma ucieczki. No i przyszła moja kolej, weszłam do konfesjonału, uklęknęłam, zobaczyłam księdza, który wczoraj odprawiał Mszę, na której byłam, a "nie przypadł mi do gustu" (ach, to moje ocenianie ludzi). Zaczęłam... w kościele zaczęło się nabożeństwo, zrobiło się głośniej, organy, śpiew ludzi... Ksiądz mi przerwał i poprosił, bym mówiła głośniej i żebym się tak nie stresowała! On wyglądał na nieco znużonego. Byłam przerażona, zaczęłam od nowa, ale po dwóch słowach niemal nie potrafiłam otworzyć ust, kartka z grzechami stała się niemal niewidoczna, ręce mi się trzęsły, serce waliło jak oszalałe, a łzy napłynęły do oczu. Z długimi przerwami i z płaczem zaczęłam wymieniać swoje grzechy... Ksiądz jakby bardziej się ożywił, był cierpliwy, słuchał, nie poganiał. Gdy na mnie spojrzał czułam wstyd, strach, bezsilność w danej sytuacji. Gdy skończyłam, zaczął rozmawiać ze mną jak z dzieckiem, zadając proste pytania... co mnie skłoniło do spowiedzi, czy wiem, który spośród moich grzechów był największy... Nie potrafiłam wykrztusić słowa..., ale on widząc to, pocieszał, że ważne jest to, że przyszłam, że spróbowałam, sam odpowiadał na zadane mi pytania, moje przerażenie nie malało, chciałam powstrzymać łzy, ale nie potrafiłam, lały się strumieniami. Usłyszałam słowa, które w ostatnim czasie przewijały się co rusz: to w przeczytanych artykułach, "Dzienniczku" Siostry Faustyny, fragmentach Pisma Świętego...Słowa: Jezu, ufam Tobie, to, że Bóg właśnie mówi przez tego księdza, że Jezus prawdziwie ŻYWY przychodzi do nas w Eucharystii, czyli wszystko to, co wiedziałam, co w ostatnim czasie starałam się wyryć w swoim sercu, aby nie zapomnieć, ale jednocześnie to, co tak bardzo ciężko przychodzi mi w praktyce. Pokutą była po prostu modlitwa, częsta eucharystia, adoracja Najświętszego Sakramentu. Ksiądz pocieszył mnie na końcu słowami: Alleluja i do przodu! Głowa do góry i zapraszam ponownie! (Oczywiście, gdy będzie taka konieczność:). Nie wiem, ile czasu spędziłam w konfesjonale, ale ludzie na mnie dziwnie patrzyli, jak wyszłam... Nie wiem, czy dlatego, że długo tam siedziałam, czy może przez łzy, których nadal nie potrafiłam opanować. Przystanęłam z boku, tak by jak najmniej osób mnie widziało, po chwili usiadłam w ławce. Trwało nabożeństwo, starałam się opanować, ale co jakiś czas łzy napływały do oczu. Po nabożeństwie zostałam na Mszy. Przyjęłam Komunię Świętą. Bardzo tego potrzebowałam. Mszę odprawiał inny ksiądz, ale ten, u którego się spowiadałam, również sprawował Eucharystię... A ja nie miałam odwagi podejść do niego, by z jego rąk przyjąć Pana, podeszłam do innego księdza. Niby nie znaczące, ale dostrzegłam w tym wstyd, jaki czułam przed tym księdzem, że zna moje grzechy, taki jak wstyd przed Bogiem. Po Mszy zostałam chwilę, by się pomodlić, niemal wszyscy ludzie już wyszli. Ten ksiądz wyszedł z zakrystii i rozmawiał chwilę z jakąś kobietą, po czym udał się z powrotem w kierunku zakrystii, ale nagle się odwrócił i szedł w moim kierunku. Chciałam na niego nie patrzeć, ale on się zapytał, czy może idę jutro na pielgrzymkę do Piekar Śl. Odpowiedziałam, że raczej tak, a on, że to super, on też idzie i zażartował, że nie wie, czy da radę przejść całą trasę, bo w jego wieku... tak jakby wiedział, że wstyd mi przed nim i chciał pokazać, że on mnie nie ocenia. Wiele mi to dało. Daleko mi do doskonałości, ale wiem, że z Jezusem wszystko mogę a sama nic. Jestem nędznym człowiekiem niegodnym czegokolwiek i tylko Jezus swoim miłosierdziem może uratować moją duszę. Wiele jeszcze muszę się nauczyć, ale mam najlepszego Nauczyciela i pozostaje mi się modlić o to, by już nigdy Go nie zawieść. Jeśli mogę prosić o modlitwę za mnie i moje dążenie do Boga, aby nie ustało, nie było czymś chwilowym powodowanym tylko strachem przed karą za grzechy czy też z chęcią wyproszenia czegokolwiek, a było tylko z czystej miłości do Boga. Przepraszam za chaos w mojej wypowiedzi i za to, że jest tak długa. Gratuluję tym, którzy przeczytali do końca :)