Swoje świadectwo piszę już drugi raz, za co od razu mogę podziękować Bogu (sama za nic bym nie napisała, chyba żeby ktoś obiecywał mi złoto). Jak już kiedyś pisałam, słowo Bóg zaczęło nabierać właściwego znaczenia dopiero kilka lat temu. I od tamtego czasu moje życie toczy się dalej. Te kilka lat nie było łatwe, co prawda nie byłam daleko od Boga. Miałam wciąż możliwość spotykać się z Nim choćby w Komunii św., ale mimo to miałam problem. Wciąż go mam, tyle, że zidentyfikowany. Jestem odrobinę pedantyczna, no może bardziej, bo nie we wszystkim, ale to bardzo mi przeszkadza. Od dziecka nauczyłam się być taką "Zosią samosią". Byłam dość zdolna, więc mogłam większość rzeczy zrobić sama. Za młodszą siostrę też czułam się odpowiedzialna, mimo że nikt mi tego nie nakazał ani nic w tym rodzaju. Żyłam więc w przekonaniu, że jak czegoś nie zrobię sama, to nic nie będzie zrobione, a w dodatku powinno być zrobione najlepiej jak w ogóle to możliwe, a najlepiej jeszcze lepiej. No i w takim świecie, który sobie stworzyłam, po prostu nie da się żyć. Od pewnego czasu zaczęłam czytać świadectwa, "Dzienniczek" św. Siostry Faustyny, Pismo Święte i inne. Dopiero w tym tygodniu znalazłam jakby wyjaśnienia słowa zawierzenie. Do tej pory sądziłam, że jest trochę inaczej. Że ja sobie pomyślę ot tak i już, ale wtedy zauważyłam problem. Ja nie zawierzam całkowicie, bo usiłuję sama zrobić to, o co proszę Pana Jezusa. Gdyby nie to, że trafiłam na tamtą stronę, pewnie dalej jakoś źle bym się czuła. Tak naprawdę nie powinnam pisać, że ja coś znalazłam, bo gdyby nie Duch Święty, to by niczego nie było. Tak naprawdę piszę to świadectwo o 2 w nocy tylko dlatego, że poczułam taką wewnętrzną potrzebę podzielenia się tym z innymi. Bo to jest tak, że mimowolnie sprzeciwiam się Bogu, ale dlatego, że czegoś nie rozumiem czy czegoś nie wiem. I wtedy pojawia się ból. Jest coraz silniejszy. Nie jestem w stanie sobie z nim poradzić. I wtedy, po takiej próbie, nagle znajduję takie proste rozwiązanie. Dla mnie radość, jaką odczuwam jest tak niewyobrażalnie wielka, że nie jestem w stanie jej opisać. Ale to też nie było takie proste, musiałam przecież wcześniej zmienić swoje rozumowanie. A nie tak łatwo przerzucić się z: "ja wszystko robię sama i ma być lepiej niż mogłoby być" na: "powierzam się Tobie, Panie, czyń ze mną, co chcesz, i nie wtrącać się". I tak naprawdę chciałam ująć jeszcze jedną rzecz. Gdy pragniemy wielkich cudów, dzieją się te maleńkie, których za nic się nie spodziewamy. Ja mogłabym wymienić tu kilka. Nie wiem, czy kiedyś nauczę się kochać, ale wierzę, że i bez tego Ktoś mnie będzie zawsze kochał. To chyba to, o czym czasami zapominam, ale nie wiem jak i dlaczego. Muszę - nie ja chcę - się zmienić. Mam nadzieję, że mimo dosyć niespójnej wypowiedzi, każdy z was zrozumie co chciałam zawrzeć w tej wypowiedzi. Muszę się dużo uczyć, każdy z nas musi, ale bardzo cieszę się, że mogę powiedzieć - Jezu, Ty się tym zajmij - i cieszyć się z tego, że mi na to pozwala. I jeszcze taki losowy cytat z Pisma św.: Do Ciebie wznoszę me oczy, Który mieszkasz w niebie. (Ps 123,1). Kochajcie Boga i wychwalajcie Go. Zawierzcie Mu wszystko, co macie, bo cóż silniejsze od najczystszej miłości. Bóg broni od złego i od naszych złych decyzji. Róbcie zawsze to, o co was prosi. Gdy wszystko się wali, a ty zawierzyłeś się Bogu - nie martw się - wszystko będzie dobrze. Szkoda tylko, że nie da się być idealnym od razu. Ale wtedy nie byłoby pokory, a miłość Boga nie mogłaby zostać nam ukazana. Jak dobrze, że Bóg stworzył ten świat, a nie ja... Dziękuje Ci, Jezu, za to i za wszystko!