Świadectwa

Świadectwa

Historie osób, które dzielą się doświadczeniem łaski, wdzięczności i spotkania z miłosierdziem Bożym.

Archiwum

Świadectwa z roku 2014

Strona 23 z 46

  1. Tomasz

    Panie Jezu Miłosierny, dziękuję Tobie za 3 lata małżeństwa Ewy i Wojciecha, za ich miłość i oddanie, za narodziny ich córeczki Zosi, za dar kolejnego dzieciątka, które rozwija się pod sercem Ewy. Proszę o jego prawidłowy rozwój i o szczęśliwe rozwiązanie... Dla Ewy i Wojtka proszę także o Twoje dalsze błogosławieństwo i łaski dla nich na każdy dzień oraz o opiekę Twojej Mamy - Maryi, a dla Zosi o prawidłowy rozwój i...

    Czytaj całe świadectwo

    Panie Jezu Miłosierny, dziękuję Tobie za 3 lata małżeństwa Ewy i Wojciecha, za ich miłość i oddanie, za narodziny ich córeczki Zosi, za dar kolejnego dzieciątka, które rozwija się pod sercem Ewy. Proszę o jego prawidłowy rozwój i o szczęśliwe rozwiązanie... Dla Ewy i Wojtka proszę także o Twoje dalsze błogosławieństwo i łaski dla nich na każdy dzień oraz o opiekę Twojej Mamy - Maryi, a dla Zosi o prawidłowy rozwój i wzrost w łasce Bożej i mądrości Bożej.

  2. Gabriela Maria

    "Patrz na każdą sprawę pod kątem wieczności". Gabriela Bossis Zaczęłam dzień pełen nadziei,jak każdego dnia staram się Koronkę odmówić w skupieniu, co nie zawsze udaje się..., ale dziś szczególnie mąż dał mi ciszę na ten czas. Utuliłam córkę do snu, mąż poszedł do pracy i nic nie zapowiadało tego, co dziś się wydarzy. Przygotowałam się do wyjazdu z córką już wcześniej zaplanowaną do Szczecina na rekolekcje 3...

    Czytaj całe świadectwo

    "Patrz na każdą sprawę pod kątem wieczności". Gabriela Bossis Zaczęłam dzień pełen nadziei,jak każdego dnia staram się Koronkę odmówić w skupieniu, co nie zawsze udaje się..., ale dziś szczególnie mąż dał mi ciszę na ten czas. Utuliłam córkę do snu, mąż poszedł do pracy i nic nie zapowiadało tego, co dziś się wydarzy. Przygotowałam się do wyjazdu z córką już wcześniej zaplanowaną do Szczecina na rekolekcje 3 dniowe..., zaczęłam pakować walizki, moja kruszyna zbudziła się, zobaczyła walizki i skakała z radości, że już niedługo pojedziemy. Ma już dwa latka i mała Maria mówi dużo i ta jej prosta radość, okazywanie uczuć wdzięczności pocałunkiem..., to mnie rozpala i widzę w niej promień Boga. Jest uczynna, zabawna, lubi krzyczeć, psocić, ale kiedy mówię stanowczo "dosyć!", robi wielkie ciepłe oczy, jakby chciała powiedzieć i szybko wtula się z ramiona, mówiąc "mamooo bojie" (dziwnie zmiękcza). Nakarmiłam moją kruszynkę i zaczęłam szukać numeru do taxi, aby nas zawieść do miasta na autobus do Szczecina, a tu przerywa mi dzwonek telefonu komórkowego. Siostra (z zakonu, którego nie chcę wymieniać)nie przedstawia się, ale głosem drżącym mówi: "pani Gabrielo, przykro mi, tym razem nie uda się, ja ... ja bardzo chciałam, aby pani odbyła te rekolekcje, ale nowicjuszka, która zajmuje się dziećmi, rozchorowała się i żadna z naszych sióstr nie może opiekować się pani dzieckiem ani innymi". Zatkało mnie i spytałam: ale może jest ktoś, kto chociaż na tę jedną godzinę zaopiekuje się". - Tak jest, ale ma już dwóch chłopców do opieki i nie chce więcej do opieki. Ja Pani zwrócę pieniądze...". Powiedziałam: "Nie, niech zostaną na następny raz". Ale tu usłyszałam: "Pani Gabrielo, ja zwrócę i proszę już nigdy tu nie przyjeżdżać, ponieważ...(zachowam słowa w sercu...) proszę to przemyśleć, ja chciałam, ale nie da się, ja bardzo proszę przemyśleć ten powód". Łzy lały mi się po policzku, poczułam, jakbym dostała w pysk tylko od kogo? Mała Maria też płakała, ocierała moje łzy i powtarzała: "Mamo, mamo..., mamo". Wtulone, zasnęłyśmy. Kiedy budziłam się, pytałam Boga: - O co znowu chodzi? Cisza. - Czemu jest winne dziecko? - Czy naprawdę wszystkie matki, które mają dzieci, już nie mogą korzystać z rekolekcji? - A co ma powiedzieć matka pięciorga dzieci, kiedy pragnie coś zmienić w życiu duchowym przez rekolekcje? Przetarłam oczy zapłakane, wyciszyłam się, w duchu poprosiłam o łaskę Ducha Świętego. Otworzyłam tym razem "Dzienniczek" Gabrieli Bosis ( mam podobne ręcznie pisane dwa Dzienniczki: św Faustyny i Gabrieli - imienniczki). Przeczytałam 138 nr: "Patrz na każdą sprawę pod kątem wieczności." Myśli pobiegły w kierunku Jezusa podczas męki, kiedy nie mógł na nikogo liczyć, a potrzebował jej w Ogrójcu..., kiedy św. Faustynę oskarżano, a ona milczała..., kiedy ks. Jerzego za prawdę skatowano... Milczenie. I z tym milczeniem pozostałam, chciałam złapać Jezusa głowę i w duchu wtulić czoło swe w Jego, powtarzałam po cichu: "Weź to, Jezu, weź wszystko i zrób z tym, co chcesz... Trudno, kolejne plotki zniekształcone przez innych ich spojrzeniem ranią mnie i blokują , teraz ja się boję..." Po tych słowach, prowadząc dziecko na spacer, poczułam spokój, smutna mina Marii znikła na zjeżdżalni i huśtawce. Czułam jak pełen pokój ciepła i morze nadziei powoli się wlewa do serca mojego... Konie rozbrykane, co z ręki nam jadły..., słońce, co zza chmur wyszło..., drzewa i kwiaty powiewały radośnie. Pomyślałam: wraca morze radości cienkim strumykiem - tak. "Będziesz na rekolekcjach, uśmiechnij się dla Boga, bowiem nie ma nic niemożliwego, uspokój się, będziesz prowadzona przez swojego patrona. - Tak, ale chciałam z kierownikiem duchowym". I tu przypomniały mi się słowa s. Sylwany Fel: "Kiedy wszystko się sprzysięże przeciw tobie, módl się do Jana Pawła II, on będzie twoim kierownikiem duchowym w duszy". I tak uradowana poszłam wykąpać Marię i zaczęłam szukać rekolekcje z Janem Pawłem II i są, ba, mój Boże, i to blisko mnie 30 km. W góry, na ignacjańskie, mam zaproszenie na drugi rok, jak Maria będzie mieć 3 lata, ciepły głos ojca lub księdza zapewnia mnie: "3 lata to dobry wiek na naukę, ja się nią zajmę, a ty skorzystasz z naszych rekolekcji w zupełnej ciszy. A w tym roku z Janem Pawłem II zacznij tu :)" Szczęść Boże, żadnych pretensji do nikogo nie mam, dostałam więcej niż miałam i to o 300 km bliżej, na miejscu. "Patrz na każdą sprawę pod kątem wieczności". Nigdy nie zostawiajcie matki z dzieckiem samej, nawet jeśli plotka jest, że mąż od niej odszedł do innej. Gabriela Maria

  3. krzysztof

    Syn umiłowany. Chciałbym podzielić się z wami moim świadectwem. Jak to Bóg przyszedł do mnie. Urodziłem się w rodzinie uważanej za katolicką. Otrzymałem wszystkie sakramenty. Od dzieciństwa Bóg był mi przedstawiany jako sędzia, który karze za nasze złe uczynki, a za dobre wynagradza. Budził we mnie bardziej lęk, aniżeli miłość, bo nigdy od Niego nic dobrego nie dostałem (tak mi się wtenczas wydawało), a życie moje...

    Czytaj całe świadectwo

    Syn umiłowany. Chciałbym podzielić się z wami moim świadectwem. Jak to Bóg przyszedł do mnie. Urodziłem się w rodzinie uważanej za katolicką. Otrzymałem wszystkie sakramenty. Od dzieciństwa Bóg był mi przedstawiany jako sędzia, który karze za nasze złe uczynki, a za dobre wynagradza. Budził we mnie bardziej lęk, aniżeli miłość, bo nigdy od Niego nic dobrego nie dostałem (tak mi się wtenczas wydawało), a życie moje nie było szczęśliwe. Raczej zawsze próbowałem się przed Nim chować, a nie szukać Go. Często bałem się Go spotkać, aby przypadkiem czegoś mi nie kazał albo czegoś nie zabronił. Bo wiadomo, jak mi coś będzie kazał zrobić, to będzie się to wiązało z jakimś wyrzeczeniem, dyskomfortem, a wtedy raczej pogorszy mi się w życiu, a nie polepszy. Odkąd pamiętam, mój ojciec nadużywał alkoholu. Często z tego powodu wybuchały w domu kłótnie, awantury. Będąc w wieku około 5 lat, przyglądałem się rodzinom moich rówieśników z tak zwanych ?normalnych? rodzin i zapragnąłem mieć właśnie taką kochającą się rodzinę. Babcia mówiła mi, że Bóg może spełniać nasze prośby, więc prosiłem Go sercem dziecka, aby ojciec przestał pić, aby nie było kłótni w domu, aby tata był ze mną, abym był kochanym dzieckiem. Niestety, po paru moich modlitwach zobaczyłem, że nic się nie zmienia: ojciec jak pił, tak pije, bieda ? jak była, tak i jest itd. Wniosek przyszedł szybko: Bóg mnie nie słucha. Bóg nie spełnia próśb, Bóg się mną nie interesuje, Bogu też na mnie nie zależy. Bóg jeśli jest, to mało go obchodzę. Muszę sobie radzić w życiu sam i nikogo nie potrzebuję. Komunię Świętą i sakrament bierzmowania przyjąłem bez wiary, bez wewnętrznej potrzeby oraz wiedzy, o co tak naprawdę chodzi w przyjmowaniu sakramentów. Inni je przyjmowali, to ja też, właśnie żeby nie być innym. Lecz moje serce wcale do Boga się nie zbliżyło, a przynajmniej tego nie odczułem, i zdanie o Nim pozostało podobne jak w dzieciństwie. Jeśli chodziłem do kościoła, to pod przymusem katechety, mamy, nakazu, bojaźni przed karą Bożą, a nie z własnego wyboru. W kościele czasem byłem (dla tradycji), ale na Mszy Świętej raczej myślami, duchowo nieobecny. Sąsiedzi uważali nas za katolicką rodzinę. Tak mijały lata bez Boga, bez spowiedzi. Ożeniłem się, mamy dwójkę dzieci. Pracując zawodowo, układało się nam wspaniale, ale do czasu. Spotkałem kiedyś człowieka z innej kultury, który zapytał się mnie, czy wierzę w Jezusa i czy jestem katolikiem. Trochę zaskoczony pytaniem, trochę przestraszony, na dwa pytania odpowiedziałem negatywnie ? zaparłem się Boga. Po chwili pomyślałem: ale ?ze mnie żenada?, nawet nie przyznałem się, że jestem ochrzczony, po Komunii, bierzmowany, mam ślub kościelny. I od tej chwili, od tamtego momentu z perspektywy czasu dostrzegam, że Jezus wziął się za mnie. Wspaniałą pracę, którą miałem od kilku lat (prestiżową, dobrze płatną i nie męczącą), straciłem w jednej chwili (podczas nieobecności urlopowej). W gospodarstwie domowym zaczęło nam brakować pieniędzy. Aby żyć na dotychczasowym poziomie, zaciągnąłem ogromny kredyt, którego nie mogliśmy spłacić. Po czasie pieniądze się skończyły, ogromny dług został. Nie widziałem wyjścia z sytuacji, nawet małego światełka. Pewnego wieczoru kupiłem alkohol, aby się upić. Miałem nadzieję, że smutki może staną się lżejsze do zniesienia. W domu byłem wtedy sam, drzwi były zamknięte. Po upiciu się, w mojej głowie pojawiały się myśli koszmarnie złe. Zły duch zaczął mi przypominać wszystkie tragiczne momenty w moim życiu, akby patykiem rozdrapywał zagojone, zapomniane rany. Przypominał sytuacje z mojego życia, aby pokazać, jaki jestem: do niczego, nie kochany, wyśmiewany, nie potrafiący wyżywić rodziny, niechciany, nic dobrze nie potrafiący zrobić, bez talentów, jedno wielkie dno, nie zasługujące na czyjąkolwiek miłość lub szacunek. I ja w głębi serca przyznawałem temu rację. Powodowało to ogromny ból, ból mojej duszy, taki ból, że jedyną ucieczką od niego wydawała się śmierć, a właściwie pewność, że śmierć to najlepsze rozwiązanie. Zacząłem robić wyrzuty Bogu, bez nadziei, że mi odpowie. ? Dlaczego moje życie jest takie popaprane? Nie takie, jak mają inni, nie takie jakbym chciał, zawsze pod górę. Nie było odpowiedzi. Po około godzinie takich rozmyślań i płaczu byłem zdecydowany. Wstałem z wersalki i poszedłem do kuchni, aby poszukać sznurka, paska, może odkręcić gaz. Wiedziałem, że nie chcę żyć. Miałem 38 lat (tyle, ile ten człowiek, przy sadzawce Betesda). Była sobota około godziny 23:00. W drodze z pokoju do kuchni zrobiłem kilka kroków. I nagle ? Wszechogarniający pokój... Jest mi tak bezpiecznie, niczego się nie boję. Potężny ocean Miłości ogarniał moją duszę i wlewał się do niej. Światłość niepojęta wszędzie, biała, tak ogromna, że powinna razić, a nie raziła, parzyć, a nie było mi wcale gorąco. Było mi tak dobrze. W życiu nie było mi tak dobrze. Wiedziałem już, moja dusza wiedziała (mimo że byłem przed sekundą pijany, dusza moja była trzeźwa): to Ty jesteś, Jezu,(stwierdzenie ze zdziwieniem). Istniejesz naprawdę. Pewność, radość. Myślałem, że Ciebie nie ma, może żyłeś kiedyś, ale nie dziś. Nie wierzyłem w Twoje istnienie tu i teraz, wiesz przecież. Już dusza moja wie i pragnie poznawać Ciebie w każdej sekundzie więcej i więcej, chcę o Tobie wiedzieć jak najwięcej, być jak najbliżej Ciebie, w Tobie, poznawać Ciebie. Tu padły słowa, których nie zapomnę do końca życia i jeszcze dłużej. Były to słowa Jezusa: KOCHAM CIĘ (ciepły, męski, spokojny głos). Wielka fala miłości spłynęła na mnie. Poznałem ogrom miłości Boga do mnie. Miłość zalała całą moją duszę. Rozpłakałem się. Łzy wylewały się ze mnie strumieniami (to nie był zwykły płacz, ale rzeki łez). Jezus dał mi zobaczyć swoją duszę. Widzę, stojąc przed Tobą, Jezu, jak nędzna jest dusza moja, jak mała, czarna, skulona, jakby mokra, spleśniała cuchnąca szmata, którą nawet dotknąć przez rękawiczkę bym się brzydził ? powiedziałem. Zapytałem Jezusa. ? Mnie? Za co mnie możesz kochać? Nędzny, marny jestem, Ty wiesz, jaki jestem. Nie jestem godzien Twojej miłości. Nie jestem godzien kochania. Poczułem uderzenie, strumień miłości bezinteresownej, pełnej akceptacji, bezwarunkowej, za nic, od zawsze i na zawsze. Zobaczyłem małe nierozerwalne strumienie (miłości, opieki) wychodzące ze światła Jezusa do każdego człowieka i poczułem, że Bóg sam opiekuje się każdym człowiekiem i każdego bezgranicznie zna i kocha. Po odczuciu bezwarunkowej wielkiej miłości moje nastawienie do mojej osoby się zmieniło. ? Skoro jesteś i mnie kochasz tak wielką miłością i jest mi tak dobrze z Tobą..., to ja już nie chcę sam sobie odbierać życia, nie ma już we mnie takiej woli (jakby nigdy nie było), ale chcę być z Tobą na zawsze, zawsze przy Tobie, zabierz mnie z sobą. Już wiedziałem, że On jest, jest Miłością i najlepiej przecież się zajmie moją rodziną, nie odczuwałem żadnego lęku, żalu, że zostawię bliskich na ziemi. Wręcz przeciwnie cieszyłem się, że Bóg się o nich zatroszczy w najlepszy dla nich sposób. Była chęć odejścia, ale motyw był już inny, nie chciałem odchodzić z tego świata, bo mi tak źle, ale chciałem odejść, bo jest mi tak dobrze z Jezusem. A może nie tyle odejść z tego świata, co wrócić do Ojca, do domu. Bo tam jest mój dom, moje miejsce. Nie jestem z tego świata. Jezus (myśl do mojej duszy. Z Bogiem można rozmawiać bez słów): ? Znajdziesz Mnie w Kościele i w Moim słowie, nie zostawię cię sierotą, jestem zawsze przy tobie. Teraz wiesz, że Ja jestem zawsze przy tobie i zawsze cię kochałem, kocham i będę kochał. ? Ale w kościele mam Cię szukać? Zapytałem. Ci księża są tacy... no, wiesz jacy... nie lubię ich, denerwują mnie, zawiodłem się na nich. - Jezus: Choćby wszyscy kapłani na świecie cię zawiedli, wiedz, że Ja Jestem najwyższym kapłanem, a Ja nigdy nie zawodzę. Za kapłanów się módl, bo są ukochanymi duszami Moimi. Wiedz, że mają dwa razy więcej pokus niż Ty. ? Panie, widzę swoją duszę i wiem, jaka jest. Ale stojąc przed Tobą w oceanie Twojego pokoju, miłości i światła, ja, nędznik, chcę być z Tobą na wieki. Prowadź mnie do siebie, do wieczności z Tobą. Nie puszczę Ciebie, będę się trzymał... Twojej nogi. Jakbyś chciał pójść gdzieś beze mnie, nie puszczę Cię, choćby cierpienia moje na ziemi były ogromne, muszę być zawsze z Tobą na wieki, muszę, chcę, pragnę. Jezus nie powiedział mi, że mnie nie zabierze, ale dał mi odczuć, jaki będzie mój największy smutek zaraz przed wejściem do nieba. Poczułem, że będzie to smutek powodowany tym, że tak mało istnień ludzkich doprowadziłem do Boga i na tak mało zaistnień ludzi, dzieci, na tym świecie wyraziłem zgodę. Że moja radość nie będzie pełna, jeśli w niebie nie znajdzie się więcej dusz, które mógłbym przyprowadzić do Pana. Radość nie jest pełna, jeśli nie mamy się nią z kim podzielić. Chciałem, aby jak najwięcej dusz cieszyło się ze mną pobytem w niebie. Spotkanie się zakończyło tak nagle, jak się rozpoczęło. Nie wiem, ile trwało? Może sekundę, może dwie godziny. Podczas przyjścia Jezusa - wiem, to dziwne, ale - nie było czasu. Następnego dnia rano, gdy wyszedłem na ulicę, patrzyłem na twarze ludzi. Próbowałem w ich spojrzeniach dostrzec informacje, że do nich też przyszedł kiedyś Jezus, bo przecież nie jestem wyjątkowy, skoro był i u mnie, to i u nich na pewno. Miałem przekonanie, że do nich też przychodzi, tylko nie mówią o tym fakcie. Chciałem krzyczeć na ulicy z radości, że Jezus jest. Lecz odwagi mi zabrakło. Wahadełko, które miałem z czasów młodzieńczych i niekiedy z niego korzystałem, wyrzuciłem do kanału ściekowego, czułem, że tam jego miejsce. Zacząłem nosić krzyż na piersi, chodzić do kościoła w niedziele i niekiedy w dni powszednie, szukać Jezusa, szukać rozmowy z Nim; tyle chciałem, żeby mi powiedział, wyjaśnił. Z wielkim strachem poszedłem do spowiedzi, ale była ona bardzo krótka i płytka. O wizycie Jezusa w moim domu i w duszy kapłanowi nawet nie wspomniałem. Znowu strach, że uzna mnie za wariata. Wysłuchałem gdzieś w internecie fragmentów ?Dzienniczka? Siostry Faustyny. Każdą niedzielną Mszę (przez 4 lata) ofiarowałem za dusze czyśćcowe i prosiłem świętą Faustynę o obecność przy mnie na każdej Mszy Świętej, gdyż bluźnierstwa w mojej głowie i rozproszenia podczas nabożeństw były bardzo silne. Prosiłem dusze czyśćcowe o modlitwę za mnie. Po około 4 latach od opisanych powyżej zdarzeń, podczas Mszy Świętej chciałem coś ofiarować Bogu, Jezusowi (czułem, że tak mało daję od siebie Komuś, kogo kocham). Zacząłem szukać w myślach, co ja mam takiego najcenniejszego, co bym mógł ofiarować. Pierwsza myśl ? nic nie mam. Za chwilę przyszła odpowiedź: życie, wolną wolę. W głowie pojawiła się myśl ze słowami: życie chcesz oddać, śmieciu? Wolną wolę? Spójrz na świętych, jak oni skończyli: w biedzie, zabici, zagłodzeni w celi, odrzuceni, nie rozumiani przez innych, jeden ukrzyżowany głową w dół. Większości się im dobrze nie powodziło. Tego chcesz? Wtedy to właśnie powiedziałem szybko, nie rozmyślając nad złym głosem: ? Panie, po ludzku to nic nie mam (sławy, bogactwa, urody, wiedzy, umiejętności, talentu, pobożności), ale to, co mam, to oddaję Tobie: życie i wolną wolę. Niech się dzieje w moim życiu wola Twoja; co chcesz, to rób. Mam umrzeć dziś ? dobra. Mam być kaleką ? dobra. Mam zwariować albo być uznany za wariata ? dobra. Mam być żebrakiem ? dobra. Zgadzam się na wszystko. Niech się dzieje wola Twoja. Niech Twój plan, nie mój, względem mojej osoby się realizuje, bezwarunkowo. Oczywiście, daj, Panie, siłę, abym Twoim planom podołał, nigdy nie zwątpił, z Tobą wszystko mogę. Uświadomiłem sobie, że właściwie pierwszy raz prawdziwie się pomodliłem: "... bądź wola Twoja". Od pojawienia się Jezusa w moim życiu klepałem pacierz rano i wieczorem, nie zastanawiając się, co właściwie mówię. Oddanie życia i woli było jak skok w przepaść. Lęk odczuwałem, ale wiedziałem, że jak ?skoczę? bez żadnych zabezpieczeń, czyli moich pomysłów na życie, On mnie złapie. On ma dla mnie swój plan, a ja jestem gotów go wypełnić, byle bym tylko był z Nim w niebie. Kilka dni później prosiłem Ducha Świętego o dobrą spowiedź. Był czas przed Wielkanocą. Czułem, że dotychczasowe spowiedzi były nijakie, z marszu, na szybko, pobieżne, bez wiary, że w konfesjonale jest Jezus. Chciałem się wyspowiadać z całego życia. Podczas spowiedzi płakałem, wymieniłem parę grzechów, ale też wyznałem, że zgrzeszyłem łamiąc wszystkie przykazania Boże (nie byłem w stanie przypomnieć sobie szczegółowo moich wszystkich grzechów), nawet zabiłem, tak zabiłem Boga, Jezusa, swoimi grzechami, moje grzechy przybiły Go do krzyża. Chcę wrócić do Boga, prosić o wybaczenie. Słysząc słowa Jezusa w ustach kapłana, że mi odpuszcza, po rozgrzeszeniu, rozpłakałem się jeszcze bardziej. Zaczęło się na dobre. Wychodząc z kościoła zobaczyłem, że coś się zmieniło na świecie. Kocham wszystkich ludzi. Kocham siebie, kocham trawę, kocham drzewa, każdy liść na drzewie był bardziej zielony, kontury kształtów bardziej zarysowane, cały świat był wyraźniejszy, nasycony pełnią barw. W każdym z tych liści widziałem dzieło Boga. Chciałem tańczyć, śpiewać, skakać. Biec do ludzi ze słowami: Jezus mnie i Ciebie kocha. Nogi stały się lżejsze, jakby unosiłem się 10 cm nad ziemią. Wiedziałem, Bóg wybaczył mi wszystkie grzechy, jest ze mną. Jestem bez grzechu. Pomyślałem: Panie Boże, może już w moim życiu nie będzie drugiej takiej wyjątkowej, bezgrzesznej chwili, pewnie zaraz mnie zabierzesz do siebie, bo jak nie teraz, to kiedy? Z naprzeciwka zobaczyłem nadjeżdżający samochód. Pomyślałem, zaraz auto skręci na chodnik, na mnie, i ...Pan mnie zabierze. Ma szansę mnie zbawić dla nieba. Niestety, auto przejechało koło mnie, normalnie, ulicą. Uświadomiłem sobie, że skoro teraz Pan mnie nie zabrał, a moment, aby trafić do nieba wydawał się idealny, to On wierzy we mnie, ma nadzieje, wie, że do nieba pójdę, ale jeszcze nie w tym czasie. Choć myśl ? Panie Boże, ale ryzykujesz; a jak nie będzie takiej drugiej chwili, hmm...? ? w głowie była. Wiedziałem, że plan Boży względem mojej osoby i mojego pobytu na ziemi jeszcze się nie zakończył i że ja sam siebie nie zbawię przez moją bezgrzeszność, ale dzięki Jego miłosierdziu. Przyszedłem do domu i powiedziałem, że Jezus będzie z nami mieszkał. Domownicy uznali to za jakiś dobry żart. Ale ja naprawdę chciałem, aby z nami mieszkał. W tym dniu przyszło morze łask, o które nawet nie prosiłem. Wierzcie mi, nie prosiłem. Nawet o łaskach, które mógłby mi dać, nie myślałem. Zostałem uwolniony od gier komputerowych. Do tej chwili potrafiłem zaniedbywać rodzinę, siedząc godzinami przed komputerem. Prosiłem dzieci, aby chowały mi płyty z grami, abym nie grał od razu jak przyjdę z pracy. Sam nie potrafiłem się opanować. Nieraz grałem do 2-3 w nocy. Otrzymałem łaskę uwolnienia od internetu. Kiedyś przeglądałem godzinami strony, nawet te, które mnie nie interesowały. Bóg zmienił zniewalający internet na służący do wyszukiwania Jego słowa, nauki Kościoła, żywotów świętych. Otoczyłem się przedmiotami przypominającymi mi o Bogu, aby w roztargnieniu dnia o Nim nie zapominać: obrazki, cytaty z Pisma Świętego, aplikacja z Biblią w telefonie, wyświetlacz z wizerunkiem Jezusa itp. Dar składania rąk do modlitwy na znak: Czyń, Panie, ze mną, co chcesz. Twoja wola niech się dzieje. Ze smutkiem patrzę, jak mało osób składa ręce podczas Mszy Świętej (także kapłanów), modlę się za nie, aby oddały życie Jezusowi całkowicie i bezwarunkowo. Pojawiła się wola mówienia prawdy. Chrześcijaństwo przestaje być nudne, nijakie, jeśli zaczniemy mówić prawdę. Spróbujcie, zobaczycie, co wtedy się dzieje: zły się wścieka, ludzie zaczynają cię obrażać, wyzywać od nawiedzonych wariatów, katoli, itd. Zostałem też uwolniony od pornografii, od chęci posiadania rzeczy, kupowania, uwolniony od marzeń o posiadaniu czegoś materialnego. Pojawił się niesamowity głód słowa Bożego. Do dziś trudno mi przeżyć jeden dzień bez Pisma Świętego i rekolekcji, kazań wysłuchanych w internecie. Tęsknota za Jezusem. Chęć wykonywania każdej czynności z Jezusem. Nawet małej, typu ? przekopanie ogródka. Przypominanie odczucia Jego miłości i tęsknota za Nim. Dar częstej spowiedzi. Częsta spowiedź zapobiega zatwardziałości serca. Widać swoje grzechy. Przed nawróceniem nie byłem u prawdziwej spowiedzi jakieś 30 lat i uważałem, że ja nie mam grzechów, najwyżej drobne wady, ale inni mają gorsze. Pojawiło się wyczulenie na złe utwory muzyczne, teledyski, piosenki zawierające teksty okultystyczne, bluźniercze (mimo że są śpiewane w niezrozumiałych dla mnie językach, to czuję, że niosą złe treści). Bardzo zaczęły mi się podobać piosenki religijne. Otrzymałem dar modlitwy. Modlitwa stała się dziękowaniem, a nie proszeniem. Bóg wie, co mi potrzeba i to otrzymam. Wystarczy tylko dziękować i Go kochać, prosić o miłosierdzie. Jeśli moja modlitwa jest prosząca, to raczej za innych niż za siebie. Kolejna łaska ? to brak lęku przed śmiercią. A właściwie, to ja już do Ciebie, Panie, chcę, chcę bardzo. Oczywiście, proszę Boga, że jak zejdę z tego świata, to tylko dla nieba. Poinformowałem rodzinę, aby w chwili mojej śmierci się cieszyli. Bo to powinna być radość, że ktoś po tylu latach na ziemi wreszcie wraca do domu. Domu Ojca. Dał mi raz Pan usłyszeć słowa demona, a brzmiały one: "Zniszczę cię, świnio". Jak tak o mnie myśli, to chwała Panu, gorzej jakby mnie miał za przyjaciela i kolegę. Bóg i demon, to nie ta liga. Bóg jest nieporównywalnie większy, a ja jestem Jego dzieckiem. Mam najsilniejszego Tatę na świecie i ty też. Dał mi Pan też łaskę nie nawracania kogoś na siłę, słowem. Kiedyś starałem się na nawracać ?na siłę? innych (znajomych, rodzinę), myślałem, że tak trzeba, żeby kazać im chodzić do kościoła, kazać nie grzeszyć itd. Lecz tak w głębi serca, chciałem, aby mnie słuchali. Było to raczej: Ja wiem, że tak będzie dla nich lepiej, jak zrobią tak, jak ja mówię. A skąd ja wiem, że właśnie w tym momencie ich nawrócenie będzie dla nich dobre? Może mają coś jeszcze przeżyć, może Pan Bóg chce ich nawrócić w innym momencie. Nie jestem Bogiem i nie wiem, kiedy dla innych przyjdzie moment łaski nawrócenia: może za sekundę, może w godzinę śmierci, może już są zbawieni? Mogę się za innych modlić, za innych ofiarować się Bogu i swoim cichym przykładem mojego życia opowiadać moją historię, dawać świadectwo Jezusa i Jego miłości. A ilu się dzięki temu ludzi zbliży do Boga, dowiem się w niebie. Kiedyś to moja pycha chciała, abym to ja nawracał i abym to ja widział, ile to osób dzięki mnie się nawróciło. No i wtedy mógłbym powiedzieć Bogu: Widzisz, Panie, ilu to nawróciłem. Chwała mi, nie Tobie. Kiedyś naliczyłem łask kilkanaście, a pewno było ich dużo więcej; o ich istnieniu niedługo się przekonam. Do chwili tej spowiedzi słowo: ?łaska? było dla mnie niezrozumiałe, martwe, wymyślone przez Kościół. Zresztą, łaska kojarzyła mi się negatywnie: dostać coś z łaski, zrobić komuś łaskę? To ja z łaski nic nie chciałem dostawać, chciałem na to sobie zasłużyć, zapracować. Teraz już wiem, czym jest łaska. Wiem, że jak Jezus daje, to daje to, co człowiekowi potrzeba i zawsze daje w nadmiarze. Jezus nie potrafi dawać mało!!! Dał za dużo wina, za dużo rozmnożył chleba, za dużo ryb. A przecież mógłby wyliczyć co do kromki, aby nie zostało ułomków. Tyle wina w wielkich stągwiach ?po brzegi? aż się pewnie wylewało, też na pewno nie wypili. Ryb mógł dać trochę mniej, aby się sieci nie rwały. Podobnie zrobił ze mną. Mógł dać tylko jedną łaskę, jedno uwolnienie, a cud Jego działania też bym zobaczył. Przez kilka dni czułem przeogromną obecność, miłość Ducha Świętego, obecność Boga we mnie, do takiego stopnia, że po paru dniach pomyślałem. ? Panie już dość, dość, stonuj miłość do mnie, nie mogę się skupić, pracować, myśleć o niczym innym, jak tylko o Tobie. Takie głupie słowa do Boga powiedziałem. Bóg, oczywiście, stonował odczucie Jego miłości do mnie w jednej sekundzie. A co dziwne, gdy to zrobił, zaraz zacząłem tęsknić do odczuwania tej miłości. Kilka dni później wyraźny głos w myślach moich powiedział mi: ? Idź, przeproś księdza, z którego się wyśmiewałeś. ? Panie, o tym też wiesz? Zapytałem. Nie, nie pójdę. Jest mi wstyd iść do niego. Przecież on nie wie, że się z niego naśmiewałem i drwiłem. Nie było go przy tym. ? Idź, przeproś księdza. Kilkakrotnie Pan powiedział. Nie dawał mi spokoju. Głos ten słyszałem nawet w łazience. I tam właśnie znowu się zapierałem, że nie pójdę, nie chcę, nie umiem, słaby jestem, wstyd mi iść do prawie nieznajomego księdza i go przepraszać. Jezus bez słów, w myślach, w mojej głowie powiedział. ? Jakbyś wiedział, jak mi było wstyd, wisząc na krzyżu. Myślisz, że byłem ubrany? Otóż nie, byłem całkiem nagi. Wstydziłem się, ale zrobiłem to dla ciebie. Wtedy powiedziałem: ? Dobrze, jutro pójdę. Pomyślałem: tak mnie kochasz, że zrobię to dla Ciebie. Pomyślałem też: czymże jest mój wstyd wobec Twojego. Następnego dnia w pracy pojawiała się uporczywa Boża myśl: ? Zadzwoń do księdza, sprawdź czy jest na parafii. Wzbraniałem się trochę, bo co mu powiem, jak zacznę rozmowę? ? Zadzwoń do księdza, sprawdź, czy jest na parafii. Nieustannie brzmiało w mojej głowie. Odszukałem numer w internecie. Dzwonię, nikt nie odbiera. Uff? w myślach powiedziałem. ? Sam widzisz, Jezu, chciałeś, dzwoniłem, nikt nie odbiera; zrobiłem, co chciałeś. Jezus: ? Wsiądź w auto i jedź do niego. ? Co, w auto? Przecież księdza nie ma na parafii. ? Wsiądź w auto i jedź do niego. Z niedowierzaniem w taką upartość Jezusa sprawdziłem na mapach w internecie, jak tam trafić i ruszyłem z myślą, że szkoda paliwa na takie wycieczki, bo paliwo takie drogie. Podczas jazdy samochodem Pan powiedział. ? Pamiętasz, z jaką łatwością kupiłeś ten samochód, bez żadnych wyrzeczeń, oszczędzania. ? Tak, faktycznie jakoś łatwo przyszedł, a tani nie był ? przyznałem. ? To Ja to spowodowałem, abyś właśnie w tej chwili miał czym jechać do tego księdza. Zrobisz to, ten jeden kurs, dla mnie, a Ja potem zostawię samochód do twojej dyspozycji. Teraz jedź. Pomyślałem, że nawet nie podziękowałem Panu za to auto. Myślałem, że to ja sam sobie je kupiłem, bez Jego jakiegokolwiek udziału. Jadąc, miałem myśl: zrobię, co mi Jezus mówi, ale przecież pewno i tak księdza nie zastanę i zaraz wrócę, i po kłopocie. Kilkadziesiąt metrów przed domem księdza był kościół. Jezus: ? Idź do kościoła. ? Ale jak, Panie, kościół zamknięty, jest 10 rano. Podjechałem pod kościół. ? Widzisz, Jezu, zamknięte, a nie mówiłem. ? Drzwi są przymknięte, ale naciśnij klamkę ? powiedział. Nacisnąłem, drzwi się otworzyły. W kościele było pusto. Zobaczyłem w głębi zsuniętego na kolana, modlącego się kapłana, do którego miałem przyjechać. Modlił się przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Uklęknąłem w ostatniej ławce z nadzieją, że ksiądz zaraz skończy się modlić i będę mógł z nim porozmawiać. Prosiłem Maryję o odwagę do rozmowy. Czytałem napis na obrazie na okrągło: Jezu, ufam Tobie. Jezu, ufam Tobie... Mijały minuty. Spytałem się Jezusa: ? Jak mam zacząć rozmowę? ? Powiedz prawdę, że Ja cię przysłałem. Pomyślałem drwiąco: tak powiem na wstępie nieznajomemu księdzu, że rozmawiam z Jezusem, to na pewno mnie wysłucha. Przydałoby się jakieś zagadanie o pogodzie, o zdrowiu, potem jakieś przejście na właściwy temat, itp. A za chwilę pomyślałem, że skoro kapłan modli się do Jezusa i jest z Nim w ?kontakcie?, to na pewno Jezus zaraz mu powie, że tu czekam i czym prędzej zakończy modlitwę i do mnie przyjdzie, znając już całą moją historię. Mijały kolejne dziesiątki minut. ? Panie, on tyle się modli, już prawie godzinę, nie mam tyle czasu. Chciałeś, dzwoniłem, potem przyjechałem, a teraz czekam. Pójdę już sobie, przyjadę kiedy indziej, jak będzie mniej zajęty, nie będę mu przeszkadzał. Muszę wracać do pracy. Jezus: ? Czekasz już prawie godzinę? Ile Ja na ciebie czekałem? Zrobiło mi się głupio. ? Wiem, Panie, czekałeś 38 lat. Dziękuję i przepraszam. Czekam dalej. Po około godzinie ksiądz zakończył modlitwy. Podszedłem z uśmiechem i drżeniem do księdza. ? Chciałbym z księdzem porozmawiać. ? A w jakiej sprawie? ? Jezus mnie przysłał. Odpowiedziałem radośnie. Nastała niezręczna cisza. Ksiądz mi się bliżej przypatrzył, na buty, na nogi, ubiór. Popatrzył w oczy. ? Czy Jezus, to się okaże. ? odpowiedział. ? Jezus, ja wiem, że to On. Odparłem z pewnością i trochę obruszony. Oczekiwałem, że gdy tylko ksiądz mnie ujrzy i powiem, że przychodzę z polecenia Pana Jezusa, rozłoży ręce i będzie zachwycony moją osobą, prawie jakby ujrzał Boga, i że kto to do niego nie przyszedł ? gość, do którego mówi sam Jezus, i w ogóle chwała mi. Ksiądz powiedział, że skoro Jezus mnie przysłał, to on zobaczy w kalendarzu, kiedy ma wolny termin na rozmowę, a że kalendarz ma w domu, więc poszliśmy razem. Dopadło mnie kolejne rozczarowanie i wyrzuty, w myślach sobie powtarzałem: Jak to? To ja przyjeżdżam, dzwonię, czekam na niego godzinę, chcę już teraz rozmawiać, pokazać swoje skrywane myśli, a on sprawdzi w kalendarzu? Ksiądz ustalił termin spotkania na... za tydzień. Gdy przyszedł termin spotkania pojechałem już bez lęku czy niechęci. Z własnej woli. Opowiedziałem mu moją historię. A gdy chciałem go prosić o przebaczenie za obmawianie jego osoby, jeszcze nie skończyłem zdania, a on już kiwnął głową, że wybacza. Poprosił mnie, abym wstąpił do jakiejś wspólnoty, bo sam sobie ze swoimi przeżyciami mogę nie poradzić, a zły tak łatwo nie ustępuje, muszę być blisko innych katolików, księży, Kościoła. Na koniec rozmowy zaproponował, abym zabrał z jego kościoła wizytówkę strony o spotkaniach ewangelizacyjnych. W drodze powrotnej tak uczyniłem. Wizytówkę wrzuciłem do auta, choć chęci udawania się na jakiekolwiek rekolekcje wtedy nie miałem. Po kilku dniach Pan kazał zapisać się na rekolekcje. Zapisałem się, bo już wiedziałem, że i tak nie da mi spokoju (za co dziś dziękuję Bogu). Było cudownie. Adoracja, Eucharystia, spoczynek w Duchu Świętym, oczyszczający śmiech, dar języków, dziękczynienie. Kościół katolicki stał się dla mnie żywym Kościołem, w którym zawsze obecny jest Bóg z Jego darami. Jeśli myślisz, że przez moje doświadczenia Boga przestałem grzeszyć, to się mylisz. W oczekiwaniu na spowiedź grzech nie może mnie zamknąć tak, abym nie mógł czynić dobra. Może grzechów jest trochę mniej, ale jak się trafią, nie odwlekam teraz spowiedzi. Nie staram się patrzeć na grzechy i rozpamiętywać, pewnie będę grzeszył do końca życia z tą różnicą, że teraz, jak mam zgrzeszyć, widzę Jego ogromną miłość do mnie i właśnie dlatego, że mnie tak kocha, to ja nie chcę grzeszyć. Teraz mam dla Kogo nie grzeszyć. Chcę być świętym. A świętym się nie jest tylko dlatego, że się nie grzeszy, ale dlatego, że się często przystępuje do sakramentu pojednania. Oczywiście, nie jest to zachęta do grzeszenia. Ważne jest dla mnie teraz to, że kocham Jezusa. Jestem grzesznikiem, ale dla Jezusa chcę zrobić wszystko, chcę być z Nim na wieki, w niebie, On tak nas kocha... Jeśli upadnę, prędko pójdę do konfesjonału z prośbą: Ojcze, przepraszam, chcę wrócić, wybacz, chcę się poprawić. Wiem, że jest to dopiero początek drogi. Ale drogi najpiękniejszej na świecie, bo wiem, że gdziekolwiek bym nie poszedł, cokolwiek bym nie zrobił, JEZUS zawsze będzie mnie kochał miłością bezgraniczną. Jezus daje też czasem mi poczuć, że jest ze mną. Są to chwile szczególnie radosne. Ostatnio wieczorem słuchałem kazań (aplikacja w telefonie). Rano alarm ustawiony w komórce budzi mnie do pracy. Budzę się zaspany, a tu zaskoczenie, gdy przy wyłączaniu alarmu w telefonie włączyło się kazanie i padły tylko te słowa: ? "Tyś jest mój syn umiłowany". Szczęście wlało się do mojego serca i uśmiech zagościł na mojej twarzy na kolejne dni. Teraz te słowa są ze mną na co dzień. Nawet jak robię sobie śniadanie to mówię: Dzięki Ci, Panie, teraz Twój syn umiłowany będzie jadł kanapkę. Chcę być z moim Ojcem w codzienności. Innym razem prosiłem Boga w myślach, aby nadał mi ?nowe imię?, zmienił imię, które powinien nadać chłopcu jego ziemski tata, gdy chłopiec staje się mężczyzną. Mnie, niestety, nie nadał. Minęło 2-3 dni. O modlitwie zapomniałem. Niedzielny ranek. Dzwonek do drzwi. W drzwiach dwie kobiety. A jedna się pyta. ? Czy w tym domu jest ktoś, kto nie ma imienia? Poczujcie smak sytuacji. Nikt normalny, odwiedzając obcy dom, takiego pytania nigdy nie zadaje. Żona zaskoczona takim pytaniem, odpowiedziała, że nie mamy czasu, bo idziemy do kościoła. A w mojej głowie: O Boże, jesteśmy tym, jakie są nasze czynności, rozmowy, myśli, czym się zajmujemy. Kościół jest apostolski, ja idę do kościoła, ja mam na imię Christos (Chrystus) i phero (nieść, co oznacza: niosący (w sobie), wyznający Chrystusa. Ja jednak miałem imię. Boże imię. W moim imieniu jest mój Pan, a ja w Nim. Tata lubi tak z zaskoczenia i niespodziewanie nas obdarowywać. Fajnie. Będę niósł Chrystusa. Pozwolę sobie na parę rad, mój umiłowany bracie/siostro. Nie piszę ich, bo jestem mądrzejszy od ciebie, ale po prostu, jeśli bym ja te rady wcześniej usłyszał, na pewno moja droga do Boga byłaby krótsza. Wiem, że do każdej osoby tak Jezus mówi: "Tyś jest mój syn (córka) umiłowany". Aby to usłyszeć, trzeba tylko i aż oddać swoje życie Jezusowi. Jeśli nie słyszysz Jezusa, Jego głosu, zachęcam, pomódl się krótko każdego dnia, ale wytrwale: Panie, chcę słyszeć Twój głos. Jeśli nie czułeś nigdy Jego miłości, wydaje Ci się, że Jego nie ma. Pomódl się krótko: Panie, daj mi poczuć, jak mnie kochasz. Pokaż mi, proszę. Jezus tylko na to czeka, choć na jedną szczerą krótką modlitwę. Oczywiście, jeśli modlitwa nie ?zadziała?, to kolejny i kolejny dzień módl się tak samo. Pan Jezus nieraz chce sprawdzić, jak bardzo chcesz. Jeśli chodzisz do kościoła, bądź w nim naprawdę myślami i duszą, a nie tylko ciałem. Myśl tam tylko o Bogu, nie o sobie. Ja też myślałem kiedyś o sobie: czego potrzebuję, co mi Bóg mógłby dać, a jeśli nie dał, ponawiałem modlitwy na następnej Mszy. Ja byłem najważniejszy, nie Bóg. Nieraz kościół jest pełen ludzi, a dla Boga (ze słowami w sercu: bądź wola Twoja) przyszło może tak naprawdę 5, 6 osób. Dużo osób przychodzi raczej z: bądź wola moja, czyli zrób to, co ja chcę, jestem tu po to, abyś spełnił moje prośby. Komunia daje życie wieczne w niebie, wszyscy to wiemy. Dlaczego nie chodzisz co niedziela do Komunii? Hmm? Może to być twoja ostatnia niedziela. Nawet nie wiesz, ile dusz czyśćcowych, chciałoby przyjść na tę jedną sekundę na ziemię. Jeśli będziesz pamiętał o tych duszach, przyjmij czasem za nie tę Komunię. Radość ich i pomoc w modlitwach do Boga będzie przeogromna. Nie traktujmy Boga w naszych modlitwach jak supermarketu, darmowego sklepu, daj mi to, daj mi tamto; nie przekonujmy Boga, że opłaca Mu się coś nam dać. Nie traktujmy Boga jako kogoś trochę mądrzejszego od nas, kogoś komu trzeba wyklarować nasze prośby. Zanim o coś poprosisz, będziesz narzekał na swój los..., popatrz na krzyż. Popatrz, jak cierpiał, jak umierał Bóg. Często wycofasz się ze swojego narzekania. Jeśli Bóg jest Twoim Bogiem, zaufaj Mu do końca i oddaj Jemu swoje życie. "Skocz z góry" w nieznaną przepaść bez zabezpieczających lin i nie myśl, co będzie, że może Go tam nie ma, a On cię złapie i poprowadzi do siebie. Jeśli myślisz, że się dla Boga nie nadajesz, to właśnie się nadajesz bardzo. Jeśli masz podjąć jakąś decyzję, a nie wiesz, którą drogę wybrać, nie rozmyślaj, nie analizuj, poproś Ducha Świętego o odpowiedź, a On cię poprowadzi. Często nie wiemy, o co i jak się modlić. Jeśli nie czujesz łaski modlenia się w Duchu Świętym językami(wtedy modlisz się w dziwnym nieznanym Tobie języku, nie rozumiesz słów i sensu modlitwy), poproś Maryję, aby pomodliła się przed Bożym tronem za Ciebie. Ona wie, czego Ci potrzeba i o co ma się modlić. Z całego serca Bogu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku (Księga przysłów 3, 5). Pamiętajmy, że Jezus jest nie tylko w niebie, ale i tu i teraz przy Tobie. Poszedł do nieba, ale i jest tu. Choć ta sytuacja jest trudna dla mnie do rozumnego wyjaśnienia, dlatego nie wyjaśniam jej, tylko przyjmuje, że tak jest, bo jest. Zastanów się czasem, że BÓG też JEST CZŁOWIEKIEM. Zmartwychwstałym, uwielbionym Bogiem, ale też Człowiekiem. Stał się Człowiekiem i nigdy nim nie przestał być. Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa!? (5, 20). W każdym położeniu dziękujcie Bogu (1 Tes 5, 18). Za wszystko zawsze dziękujcie Bogu. Czy dziękujesz też za to, co po ludzku wydaje się tobie niechciane w twoim życiu? Pamiętaj, nie świętość nas przyprowadza do Kościoła, ale grzeszność, nasza bieda. Często można usłyszeć: Jesteś taki święty, bo chodzisz do kościoła. Nie, nie jesteś święty. To nasze grzechy i świadomość, że jesteśmy słabi, marni, że od Boga wszystko zależy, że pragniemy nasycić się Jego miłością, tam nas zaprowadzają. Od jakiegoś czasu Jezus chce, abym dawał świadectwo (oczywiście, też się opierałem, że nie potrafię, nie chcę, nie umiem, nie mam odwagi) i że moje doświadczenie Boga nie zostało dane tylko dla mnie, opisałem je dla wszystkich, jak kazał Pan. Na pewno to nie koniec mojej drogi świadczenia o Jezusie, bo wiem, że Pan chce, abym wychwalał, głosił Jego miłość więcej i więcej. Kiedyś przepraszałem Jezusa, że rozmawiam z Nim jak z kolegą, tatą, przyjacielem. Myślałem, że to niestosowne, nie wypada, bo Bóg jest przecież wielki, potężny (i to prawda), a ja, mały człowiek, zadaję Jemu jeszcze pytania. Poczułem Jego uśmiech i że taka właśnie powinna być teraz moja relacja. Nie bój się Boga (często zły wciska nam tę myśl). Bóg jest Miłością. Kocha bez względu na to, co zrobiłeś lub czego nie zrobiłeś. Choćbyś był największym grzesznikiem na ziemi. Na miłość Boga nie musisz zasłużyć!!! Wbijmy to sobie do naszych głów. Bóg jest wszechmogący, ale pewnych rzeczy nie może, np. nie może nie kochać człowieka. Kiedyś zapytałem się Pana Jezusa: ? Dlaczego mój ojciec pił? Przecież się modliłem, by przestał. ? Modlitwy były słyszane, ale nie były wysłuchane, bo Bóg dał człowiekowi wolną wolę i zabrać jej nie może, bo sam Bóg się tego zrzekł. Gdyby tata przestał pić dzięki moim modlitwom, byłoby to równoznaczne z odebraniem jemu jego wolnej woli, a to stać się nie mogło. Przyczyną picia był brak miłości ludzkiej względem jego osoby, osób dorosłych, otoczenia. Ludzie nie nauczyli go miłości, nie pokazali mu miłości, nie pomogli we właściwy sposób. Tak wiec, jeśli ktoś pije, my też jesteśmy temu winni, a tak łatwo umywamy ręce (jak Piłat). Dzięki mojemu tacie poczułem, że każde zło Bóg może przemienić w dobro. W tej sytuacji takie doświadczenie potrzebne było także mnie w dalszym życiu. Dzięki niemu nie potępiam alkoholików, a widzę w nich ludzi, którym inni nie okazali miłości w dostateczny sposób, także ja. Wiem, że są tak samo kochani przez Boga jak ja. Wiem, że czasu spędzonego przez rodzica z dzieckiem nie da się niczym zastąpić. Wiem, że człowiek bez Boga sam sobie nie poradzi. Wiem, że ojciec jest bardzo ważny dla dziecka. Wiem, że mnie kochał, jak umiał. Wiem, że bez niego i mnie na świecie by nie było. Nie byłoby też tego świadectwa, które czytasz. I dziękuję teraz Bogu za mojego ziemskiego ojca i że jestem na świecie razem z wami, i że będziemy razem żyli wiecznie. Pytajcie się Pana, a wam też odpowie. On Jest Prawdą. Masz kłopoty z ojcem, matką? Zapytaj się np.: Panie, powiedz mi, dlaczego mój ojciec jest taki? Masz kłopoty ze zdrowiem? Powiedz: Panie, proszę, wyjaśnij, dlaczego tak jest? I w ciszy wysłuchaj odpowiedzi. Bo kogo masz się pytać, jak nie kochającego Boga, który cię stworzył, o ciebie się troszczy, oddał życie, abyś Ty żył. Od Niego wszystko zależy i On wszystko wie!!! Przy czekaniu na odpowiedź słuchaj, co mówią ludzie. Bóg często mówi przez ludzi. Mógłby inaczej, ale akurat taki sposób sobie wymyślił i już. Bóg często nie robi w naszym życiu spektakularnych cudów, aby nas nie ?kupić?, właśnie za te cuda. Mógłby przecież dziś spowodować, że o godzinie 14:00 w kościele pieniądze z nieba lecą i co? Kościoły byłyby pełne, jestem pewien. Każdy by dziękował i prosił o jeszcze. Mógłby też sprowadzić kataklizm na twoje miasto, nieuleczalną chorobę... I co? Kościoły byłyby pełne ludzi proszących o ratunek. Bóg chce, abyś przyszedł do niego w wolności swojej. Nie dla tego, że ci coś dał. Nie ze strachu. Pomyślałby: Przyszliście, bo wam "zapłaciłem", a to nie jest miłość. Pamiętaj. Jesteś dla Boga ważny!!! Dla Boga nie ma dzieci niechcianych (choćby ziemscy rodzice nawet cię kiedyś nie chcieli, zostawili). Każdy jest chciany i kochany. Bóg oddał swojego Syna na śmierć, abyś ty mógł żyć wiecznie w niebie. Pamiętaj. Bóg nie karze!!! Najwyżej spełni Twoje prośby i modlitwy, ale nie chce karać. Bóg błaga ludzi, aby nie szli do piekła. Choć to szokujące, ludzie sami wybierają piekło, nie chcą Boga, Jego miłości, miłosierdzia. Podobnie jak dziecku za karę przez 10 minut nie da się zjeść ciastka, bo było niegrzeczne, a po minięciu kary mówi się: masz już, zjedz, nie gniewam się na ciebie, kocham cię - a ono mówi: ?nie chcę?, mimo że chciało bardzo, ale woli cierpieć, bo duma, pycha mu nie pozwala się ukorzyć. Uważaj, o co prosisz Boga, bo przecież ty jako człowiek nie wiesz czy to, o co prosisz, będzie w przyszłości dla ciebie dobre (choć wydaje ci się, że wiesz). A jeśli będzie złe - odbierzesz to jako Boską karę. A przecież sam o to prosiłeś. Bóg z wielkiej miłości do nas czasem nie spełnia naszych próśb, bo widzi ich konsekwencje w przyszłości. Wyobraź sobie, co by było gdyby Bóg spełniał wszystkie nasze prośby, które do Niego zanosiliśmy. Gdzie byśmy teraz byli? Jeśli w ogóle byśmy jeszcze żyli. Może bylibyśmy na własnej wyspie w ciepłych krajach, obrzydliwie bogaci, zepsuci, nikogo nie potrzebujący (kościoła także), duchowe karły. Boga potrzebujący tylko, aby nam błogosławił i dał zdrowie i długie życie w dostatku, a do innych spraw niech się nie wtrąca. Bóg czasem nie daje czegoś, o co prosimy, dla naszego dobra. My się buntujemy, bo nie widzimy skutków, jakie mogą nastąpić. Podobnie jak dwuletnie dziecko, które matka prowadzi na pobieranie krwi jest złe na mamę, że przyprowadziła je tu, że je kłują, boli, krew ściągają... Ale matka wie, że bez badań krwi nie będzie można wyleczyć je z poważnej choroby, na którą dziecko może umrzeć. Dziecko o tym nie wie i wydaje się jemu, że mama robi źle. Jeśli nie przebaczyłeś komuś: sobie, drugiemu człowiekowi czy też Bogu, uważaj na słowa: "odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom", bo Bóg może wysłuchać modlitwy... I wtedy... masz problem. Wszystko, co opisałem, wydarzyło się naprawdę. Niech cię Bóg prowadzi. Krzysztof, syn umiłowany

  4. katarzyna

    Jezu, chcę podziękować Ci, że uleczyłeś mnie z żalu, jaki dotąd żywiłam do mojego taty za grzech, jaki popełnia. Już wiem, że ja sama nie mogę go nawrócić, ale Ciebie proszę całym sercem: Ty się tym zajmij, przyjdź, uwolnij go i poprowadź. Jezu, ufam Tobie!

    Czytaj całe świadectwo

    Jezu, chcę podziękować Ci, że uleczyłeś mnie z żalu, jaki dotąd żywiłam do mojego taty za grzech, jaki popełnia. Już wiem, że ja sama nie mogę go nawrócić, ale Ciebie proszę całym sercem: Ty się tym zajmij, przyjdź, uwolnij go i poprowadź. Jezu, ufam Tobie!

  5. Genowefa

    Bądź uwielbiony i wywyższony, Jezu Miłosierny, za wszystkie łaski i cuda, jakie od Ciebie otrzymałam. Tobie chwała i cześć. Panie, wierzę, że mnie podźwigniesz ze stanu, w jakim się obecnie znajduję, i sprawisz, iż zaostrzenia kręgosłupa nigdy już nie będą powracały. Ty mnie nigdy nie zawiodłeś. Jezu, ufam Tobie. Maryjo, Matko Boża Miłosierdzia, módl się za nami.

    Czytaj całe świadectwo

    Bądź uwielbiony i wywyższony, Jezu Miłosierny, za wszystkie łaski i cuda, jakie od Ciebie otrzymałam. Tobie chwała i cześć. Panie, wierzę, że mnie podźwigniesz ze stanu, w jakim się obecnie znajduję, i sprawisz, iż zaostrzenia kręgosłupa nigdy już nie będą powracały. Ty mnie nigdy nie zawiodłeś. Jezu, ufam Tobie. Maryjo, Matko Boża Miłosierdzia, módl się za nami.

  6. Anna

    Panie Jezu, ten rak jest niczym wobec ogromu Twojego miłosierdzia! Głęboko wierzę i ufam, że za wstawiennictwem Siostry Faustyny udzielisz mi łaski uzdrowienia... Bądź przy mnie dzisiaj i w następne dni... Jezu, ufam Tobie!

    Czytaj całe świadectwo

    Panie Jezu, ten rak jest niczym wobec ogromu Twojego miłosierdzia! Głęboko wierzę i ufam, że za wstawiennictwem Siostry Faustyny udzielisz mi łaski uzdrowienia... Bądź przy mnie dzisiaj i w następne dni... Jezu, ufam Tobie!

  7. Jan

    Mam na imię Jan, mam 52 lata. Po ok. 30 latach mojego obrażenia na Boga, nawróciłem się. A było to tak: od roku byłem bez pracy, a w grudniu pewna osoba poprosiła mnie o opiekę w chorobie. Trochę pomogłem, ale po pewnym czasie miałem dosyć i zamiast pomocy upiłem się. Dowiedziałem się wtedy, że jestem nieodpowiedzialny dlatego, że nie zaopiekowałem się tą osobą tak, jak ona chciała, że było to jej bardzo potrzebne...

    Czytaj całe świadectwo

    Mam na imię Jan, mam 52 lata. Po ok. 30 latach mojego obrażenia na Boga, nawróciłem się. A było to tak: od roku byłem bez pracy, a w grudniu pewna osoba poprosiła mnie o opiekę w chorobie. Trochę pomogłem, ale po pewnym czasie miałem dosyć i zamiast pomocy upiłem się. Dowiedziałem się wtedy, że jestem nieodpowiedzialny dlatego, że nie zaopiekowałem się tą osobą tak, jak ona chciała, że było to jej bardzo potrzebne, a ja zawiodłem. Wtedy coś we mnie pękło i 14 grudnia 2013 roku wszedłem do kościoła. W Ewangelii był wspomniany św. Jan Chrzciciel, mój patron, dlatego zapamiętałem ten dzień i tylko to zapamiętałem. Po ok. 30 latach nieobecności w kościele wszedłem spóźniony na Mszę i usłyszałem czytanie o swoim patronie! Po 30 latach nieobecności w kościele, rozumiecie to? Trzy dni później przemogłem się i poszedłem do spowiedzi. Jako pokutę dostałem do zmówienia Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Od tego dnia Koronkę odmawiam codziennie, nie wypiłem nawet piwa, codziennie czytam modlitewnie Pismo Święte, codziennie chodzę na Mszę Św. i przyjmuję Komunię, a w marcu 2014 roku przyjąłem szkaplerz karmelitański. Dowiedziałem się też, że patronem 14 grudnia jest kolejny Jan - karmelita, św. Jan od Krzyża. Sam bym tego nie wymyślił, dwóch Janów i ja trzeci, i spowiedź, i Koronka, i przyjęcie szkaplerza i Msze św. i Komunia, i czytanie Pisma Świętego i wiele innych łask, za które codziennie Bogu dziękuję z pokorą. Chociaż od 1,5 roku jestem bez pracy i tak się opłacało:-). Zyskałem wiarę. Niech mi ktoś powie, że Boga nie ma i cudów nie ma! Byle tylko wytrwać do końca. Szczęść Boże!

  8. Renata

    Panie Jezu, dziękuję z całego serca za zdrowie dla mojej siostry /wynik badania negatywny/, dziękuję za Twoje miłosierdzie, jakim obdarzasz mnie i moich najbliższych każdego dnia, dziękuję za Świętych i Błogosławionych - naszych orędowników u Ciebie, Boże, i za Matkę Twoją miłosierną, naszą Matkę. Proszę, błogosław nam i prowadź nas przez życie, naucz głębokiej wiary, nadziei i miłości. Kocham Cię, Panie Boże w...

    Czytaj całe świadectwo

    Panie Jezu, dziękuję z całego serca za zdrowie dla mojej siostry /wynik badania negatywny/, dziękuję za Twoje miłosierdzie, jakim obdarzasz mnie i moich najbliższych każdego dnia, dziękuję za Świętych i Błogosławionych - naszych orędowników u Ciebie, Boże, i za Matkę Twoją miłosierną, naszą Matkę. Proszę, błogosław nam i prowadź nas przez życie, naucz głębokiej wiary, nadziei i miłości. Kocham Cię, Panie Boże w Trójcy Przenajświętszej, i wiem, że z Tobą wszystko jest możliwe. Dziękuję, przepraszam, proszę... Wychwalajmy Pana, bo jest dobry, i Jego miłosierdzie trwa na wieki. Chwała Bogu!

  9. Tomasz

    Panie Boże, dziękuję za wsparcie i proszę Cię, Boże, i Matko Boża o wytrwałość. Żeby mnie nie ciągło do alkocholu i żebym było dobrym mężem i ojcem.

    Czytaj całe świadectwo

    Panie Boże, dziękuję za wsparcie i proszę Cię, Boże, i Matko Boża o wytrwałość. Żeby mnie nie ciągło do alkocholu i żebym było dobrym mężem i ojcem.

  10. Ewa

    Panie Jezu, dziękuję za łaskę uwolnienia i uzdrowienia z choroby duszy i ciała mojej babci Kazi. Chwała Panu!!!

    Czytaj całe świadectwo

    Panie Jezu, dziękuję za łaskę uwolnienia i uzdrowienia z choroby duszy i ciała mojej babci Kazi. Chwała Panu!!!

  11. Ewa

    Panie Jezu, dziękuję Ci, że po raz kolejny delikatnie zapukałeś do mojego serca i chwyciłeś mnie za rękę... Od tego momentu prowadzisz mnie tak, jak Ty sobie życzysz i przemieniasz moje życie... Dziękuję Ci, że przemieniasz moje serce... Dziękuję za ten ogrom łask, które codziennie od Ciebie otrzymuję! Dziękuję!!!

    Czytaj całe świadectwo

    Panie Jezu, dziękuję Ci, że po raz kolejny delikatnie zapukałeś do mojego serca i chwyciłeś mnie za rękę... Od tego momentu prowadzisz mnie tak, jak Ty sobie życzysz i przemieniasz moje życie... Dziękuję Ci, że przemieniasz moje serce... Dziękuję za ten ogrom łask, które codziennie od Ciebie otrzymuję! Dziękuję!!!

  12. anula

    Miłosierny Panie Jezu, dziękuję, że coraz bardziej mogę Cię poznawać i czerpać z Twojej niezmierzonej dobroci. Dziękuję Ci, Panie Jezu, za łaskę zdrowia dla mojego męża, o którą tak prosiłam i za tę piękną modlitwę do Twego miłosierdzia. Miłosierny Panie Jezu, błagam z pokorą w mojej wielkiej potrzebie, o Twoje zmiłowanie i miłosierdzie dla mnie. Proszę Cię, Panie Jezu, o łaskę zdrowia dla mnie, by nie twiła we mnie...

    Czytaj całe świadectwo

    Miłosierny Panie Jezu, dziękuję, że coraz bardziej mogę Cię poznawać i czerpać z Twojej niezmierzonej dobroci. Dziękuję Ci, Panie Jezu, za łaskę zdrowia dla mojego męża, o którą tak prosiłam i za tę piękną modlitwę do Twego miłosierdzia. Miłosierny Panie Jezu, błagam z pokorą w mojej wielkiej potrzebie, o Twoje zmiłowanie i miłosierdzie dla mnie. Proszę Cię, Panie Jezu, o łaskę zdrowia dla mnie, by nie twiła we mnie żadna zła choroba, o szczęśliwy wynik badania, jeśli tylko jest taka Twoja wola.

Strona dostępna również w językach: 🇩🇪 Deutsch 🇬🇧 English 🇪🇸 Español 🇫🇷 Français 🇮🇹 Italiano 🇵🇹 Português 🇷🇺 Русский 🇸🇰 Slovenčina