Byłam wychowywana przez ateistów (moja rodzina składała się z żołnierzy zawodowych). Od lat dziecięcych byłam inna niż moje koleżanki, nieśmiała, wstydliwa, bez siły przebicia,zawsze na końcu - nie lubiana - teraz też, bo za mądra - poznałam Jezusa Miłosiernego na peregrynacji obrazu w kościele św. Augustyna na Muranowie - w 2000 roku. To, co odczułam, to podmuch wielkiej siły najpierw, przenikająca potężna siła,a potem wszedł On, tak jakby mnie poznał, dotknął mojej duszy, usłyszałam brzdęk kryształu, poczułam, że jest Sprawiedliwością, może ponad Sądem. Nie potrafię opisać tego uczucia, to jest trudne, bo to są myśli, nie słowa. Zaniemówiłam, zatkało mnie chyba, było to widać, że osłupiałam, bo ksiądz, który tam posługiwał bardzo mi się przyglądał. Widać było na jego twarzy wielkie szczęście, on nie był Polakiem, łamał nasz język, to na pewno pamiętam. Ja od młodych lat miałam różnego rodzaju objawienia; może gdyby mnie ktoś wtedy poprowadził, nie byłabym osobą świecką. Wierzę, choć jako jedyna żyję z mojej rodziny, ciężko mnie los doświadcza,ale nie przestanę zmawiać Koronki, to Mu obiecałam. Nie chciałabym Go zawieść - chociaż w tym.