W dniu 2 lutego zmarł mój tata i tak naprawdę doznał on miłosierdzia Bożego, a ja, moja rodzina, byliśmy tego świadkami. Pozwolę opisać pokrótce tego przebieg. Ja w roku 2010 miałam udar mózgu i dusza moja była poza ciałem. Jestem Bogu wdzięczna za to, że było mi to dane zobaczyć piękną wieczność. A teraz powrócę do mojego św. pamięci taty. Za życia był on człowiekiem, który krzywdził swoją rodzinę, a zarazem uważał się za dobrego człowieka, co nie było do końca prawdą. Przez ostatnie 5 lat chorował i to bardzo chorował, a cierpienie, które mu towarzyszyło każdego dnia, bywało czasem nie do zniesienia. Przeszedł wiele operacji, gdzie już lekarze mówili, że nie przeżyje i było tak przez 5 lat niezliczoną ilość operacji, zakażeń bakterii, zagrożenie amputacji nóg, itd... był tego ogrom. Pewnego dnia mówi tata do mnie: chyba bardzo byłem grzeszny, że tak muszę cierpieć? Na co na zapytałam go, czy przyjmuje to cierpienie jako łaskę. Na co on: Tak, jeśli moje cierpienie pomoże innym duszom, niech boli; ile Bóg zechce przyjmuje to cierpienie jako łaskę. I to było otwarcie się na Pana Jezusa, którego zaprosił do swego serca. I wiem, kiedy umarł, był w łasce uświęcającej. Jego dusza była w świetle. O czym świadczył też niebianski uśmiech na jego twarzy już martwego ciała, jakby przez ten uśmiech, który był głównym tematem na ustach każdego gościa, ponieważ to nie był taki sobie uśmiech; ja jeszcze dotąd nigdy nie widziałam czegoś podobnego, to jakby był przekaz dla tych, co byli: zawierzcie się Jezusowi, dajcie się Mu prowadzić drogą do zbawienia. Dla mnie, a właściwie dla mojego taty, było to okazanie Bożego miłosierdzia, jeśli zostanie okazana skrucha. To był jego czyściec na ziemi przyjęty z pełną świadomością jako łaska.I pragnę podziękować siostrze Gaudi za modlitwę. ALLELUJA, WIELKI JEST PAN. Pozdrawiam wszystkich w Panu. Renata