Wszystko, co tu piszę, jest na chwałę Bożą. Pewnie jeszcze kilka lat temu sama nie uwierzyłabym w taką historię. Zostałam wychowana w rodzinie katolickiej, co niedziela do kościółka, oazy, wyjazdy z kościoła, pielgrzymki. Mimo tego jakoś specjalnie w Boga nie wierzyłam, był bo był, ale dogłębniej w sprawy wiary nie wnikałam. Moje "nawrócenie" zaczęło się pięć lat temu. Zawsze marzyłam o fajnej, spokojnej rodzinie, spokojnej pracy, dzieciach, domu. Wiele lat minęło, gdy poznałam mojego pierwszego. Podchodziłam już pod 30, sądziłam, że to będzie ten jedyny na zawsze. Bogiem się nadal nie przejmowałam, nawet czasami się śmiałam z tego wszystkiego: po co wierzyć skoro i tak wszystko mam. Nasza znajomość trwała pół roku; jak szybko się zaczęła, tak szybko się skończyła. W tym samym czasie straciłam bliską mi osobę (umarła na raka), straciłam pracę. Zaczęłam wtedy szukać ratunku w różnych modlitwach, Nowenna Pompejańska, święta Rita i wiele wiele innych modlitw, jednocześnie zaczęłam zaglądać na różne portale randkowe, szybko chciałam znaleźć tego jednego, ukochanego, kogoś, kto mnie zrozumie, przytuli, poprostu pokocha. W tej intencji zaczęłam odmawiać Tajemnice Szczęścia. Przez ten rok nic się nie działo, a wręcz przeciwnie - wyglądało coraz gorzej mimo znaków, jakie mi Bóg dawał, a było ich pełno poprzez Pismo Święte, ludzi. Zawsze gdzieś głęboko wierzyłam, że przyjdzie taki moment, że zła passa się odwróci. Po roku odmawiania Tajemnic Szczęścia, dokładnie dwa dni przed ukończeniem, miałam sen: śnił mi się Jezus, który powiedział, że tyle się namęczyłam, to mi da wszystko, czego chcę. Potem postać Jezusa przemieniła się w zwykłego człowieka, ów człowiek powiedział: Nie martw się, bądź cierpliwa, będziesz miała to, czego chcesz. Sen ten był pod koniec października 3 lata temu. Po skończonych Tajemnicach Szczęścia nadal się nic nie działo, modliłam się równocześnie do Matki Bożej z Guadaluppe o dar rodzicielstwa. Tak minął listopad, grudzień, a potem początek nowego roku. Na początku lutego przypadkiem trafiłam na staż do pewnej szanowanej firmy i tam (możecie wierzyć lub nie, wiem, mi też ciężko w to uwierzyć) poznałam człowieka z mojego snu, czciciela Matki Bożej z Guadallupe. W firmie tej przepracowałam ponad dwa lata. Jednocześnie moja znajomość z tym człowiekiem się rozwijała. Po pewnym czasie się dowiedziałam, że ma kogoś bliskiego stanu wolnego. W sposób zabawny próbowano mnie z tą osobą swatać :) Dziś spotykamy się, jesteśmy razem, nasza znajomość kwitnie, jest tak, jak zawsze chciałam by było, jest takim człowiekiem, o jakim zawsze marzyłam. Co do pracy w tej firmie było ciężko, gdy przeniesiono mnie do innego działu, przez ponad rok przechodziłam mobbing, trzymałam się tylko, bo chciałam mieć pracę, utrzymać dom, w pewnym momencie poniosło mnie, jakby mnie ktoś natchnął poszłam do szefa i powiedziałam, co myślę o tym wszystkim. Oczywiście, to ja wylądowałam w innym miejscu, jest mi tu dobrze, mimo że jeszcze nie mam stałej pracy. Poniewieram się na różnych umowach, raz gorszych, raz lepszych, za różne najmniejsze pieniądze, wciąż się modlę o spokojną pracę i rodzinę. Piszę to, bo teraz wiem, po tych pięciu latach, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że gdzieś tam w górze albo obok nas jest Ktoś, Kto kieruje naszym życiem, trzeba mu tylko na to pozwolić i dać wolną rękę działania. Nie wiem, co dalej będzie, wciąż jest ciężko, ale widzę, że wszystko się zmienia powoli, ale do przodu. Może kiedyś napiszę pełniejsze świadectwo jako szczęśliwa żona, matka z pracą i normalnymi godnymi dochodami. Zawsze mówię: Jezu, działaj Ty.