Chciałbym podzielić się swoimi doświadczeniami. Nie potrafię pisać pięknie, jak niektórzy. Ale może ktoś, kto to przeczyta, zrozumie mnie, iż bez uniesienia chłodno patrzę na swoją osobę i zmiany, które zaszły. Choroba dziecka spowodowała, że odwróciłem się całkowicie od Boga. W kościele na Mszy byłem obecny tylko jako "osoba", chodziłem z przyzwyczajenia. Jednak po jakimś czasie przypomniałem sobie, że zawsze ciągnęło mnie do sanktuarium. Zacząłem przychodzić i na początku modlić się w spokoju. Potem polecałem Jezusowi moje troski, prosiłem o wsparcie, wybawienie z kłopotów, a następnie o moją przemianę. Zrozumiałem, iż przez lata odchodziłem od Boga dalej i dalej, wmawiając sobie przy okazji, że skoro nikogo nie zabiłem, to nie grzeszę, i jest ze mną wszystko w porządku. Gdy ujrzałem po pewnym czasie, gdzie jestem, prosiłem miłosiernego Boga o ratunek dla mnie. Staram się być bardzo często w sanktuarium zwłaszcza rano. W ciszy i spokoju układam moje relacje z Bogiem, polecam Jego miłosierdziu moją rodzinę, bliskich, znajomych, zmarłych z rodziny i moją osobę. Minął już ponad rok od tego czasu, w moim przypadku Pan Jezus nie przyszedł do mnie, nie doznałem nagłego olśnienia, wizji czy tym podobne. Zaczęły się stopniowe zmiany u mnie, jak również sprawy zdrowotne w mojej rodzinie pomału wracają do normy. Przestałem miewać destrukcyjne myśli, coraz mniej jest chwil całkowitego zwątpienia, a jeżeli przychodzą, proszę: Jezu, Ty się tym zajmij i niech będzie wola Twoja, poprowadź mnie. Bardzo chciałbym znaleźć nową pracę, o co gorliwie się modlę, mam nadzieję, że Bóg mnie wysłucha. Wiem też i zdaję sobie z tego sprawę, że przychodząc i modląc się może się okazać, że plan Boży jest inny niż mój, bo Bóg zawsze wie lepiej, co będzie lepsze. Na koniec, miłosierny Jezu, nie opuszczaj mnie, bądź ze mną, dodaj otuchy i poprowadź przez resztę życia. Niech Twoje miłosierdzie wyleje się na całą moją rodzinę i wszystkich ,za których się modlę.