Wierzę Siostrze Faustynie? Od roku 2000, kiedy Papież Jan Paweł II dokonał w Rzymie uroczystej kanonizacji świętej Heleny Kowalskiej, w zakonie - Siostry Faustyny - święto Bożego Miłosierdzia, obchodzone jest i przeżywane już w całym Kościele katolickim na całym świecie. Wcześniej było to święto lokalne, mniej znane niż dziś, a jeszcze wcześniej - zupełnie nieznane, a na dodatek nad całą misją Siostry Faustyny w latach tuż powojennych zawisły trudności i przeszkody, które zostały stopniowo przełamane na skutek pracy Soboru Watykańskiego II, a przede wszystkim dzięki zaangażowaniu samego Karola Wojtyły, jeszcze jako biskupa krakowskiego. Kongregacja Doktryny Wiary w końcu lat 70, i na początku kolejnej dekady, także w kontekście papieskiej encykliki o Bożym Miłosierdziu (?Dives in Misericordia?, 1980), ostatecznie wycofała wszystkie wysuwane wcześniej zarzuty wobec przekazu świętej żyjącej w I poł. XX wieku (1905-1938), zmarłej w podkrakowskim zakonie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, gdzie jak co roku - począwszy od 1993 - odbędą się główne uroczystości światowego święta Miłosierdzia. Niemniej należy podkreślić, że trudności z zaakceptowaniem przez Kościół hierarchiczny i urzędy dokrynalne przesłania świętej Faustyny były przez nią samą przewidziane, co widać przy uważnej lekturze jej głównego dzieła pisanego, czyli słynnego już na całym świecie (dzięki tłumaczeniom na setki języków) ?Dzienniczka?, którego pierwsze, jeszcze dość amatorskie pod względem edytorskim wydanie ukazało się w początku lat 80-tych. Dziś przeszkód zewnętrznych - by tak rzec - już nie ma. Upadł komunizm, który walczył z wiarą i Kościołem, nastała wolność religijna, długo oczekiwana i wywalczona także ofiarami pośród osób duchownych (np. ks. Jerzy Popiełuszko, +1984, zamordowany przez SB) i każdy jeśli chce, może poznawać obiektywnie zarówno dzieje chrześcijaństwa w Polsce, jak i szczegółową historię Kościoła, w tym kościoła krakowskiego z I poł. XX wieku. Testament duchowy, czyli wspomniany ?Dzienniczek?, jest dostępny już zarówno w formie książki, jak i coraz częściej w nowych formach elektronicznych (audio-book, przeczytany przepięknie przez aktorkę Annę Dymną; liczne publikacje e-bookowe, artykuły w Internecie, odczyty o Bożym Miłosierdziu w kanałach społecznościowych, itd.) i każdy, kto ma dwa, trzy dni czasu może go przeczytać dokładnie, albo chociaż przeglądnąć, wydobywając cenne myśli, spostrzeżenia na temat życia kościelnego w tamtych czasach, a przede wszystkim zastanowić się i zadumać nad swoim życiem w świetle wielkiej diagnozy, jaką święta postawiła współczesnemu światu: oto świat bez Boga coraz bardziej się stacza, pogarsza i coraz bardziej - paradoksalnie - potrzebuje nie karania, surowości (choć czasem należy upomnieć osoby, zwłaszcza piastujące wysokie stanowiska, a grzeszące publicznie i w ważnej materii) - lecz błaga, pragnie i łaknie choć jednego promienia boskiego miłosierdzia. Początkowo przy pierwszej, pobieżnej zwłaszcza lekturze tego dzieła, można mieć wrażenie pewnego nadmiaru, ale jest to po prostu olbrzymie duchowe bogactwo, tak, że przeczytawszy choćby końcowy fragment ?Moje przygotowanie do Komunii Świętej?, który liczy kilka stron, ma się odczucie wejścia w zupełnie z pozoru fantastyczny, a nawet znowu pozornie oderwany od zwykłej codzienności świat wyobraźni, fantazji, marzenia, wręcz - świętego snu. Jednak po wnikliwym odczytaniu pierwsze wrażenia owe mijają - stajemy oko w oko, prawie twarzą w twarz z dokumentem, który jak zgodnie twierdzą znawcy stanowi prawdopodobnie jeden z największych dzieł mistyki chrześcijańskiej i katolickiej nie tylko w XX wieku, ale co najmniej od czasów dzieł wielkich mistyków hiszpańskich (św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Avila, XVI w.), którzy również ukazywali niebotyczne wyżyny mistyki i świętości pozornie niedostępne dla laikatu katolickiego, w istocie - podobnie jak cała Ewangelia - będące zaproszeniem dla każdego człowieka dobrej woli, nie tylko katolika, a nawet nie tylko chrześcijanina, aby w świetle wszystkich słów zapisanych w pamiętniku duchowym przyjrzeć się także swojemu życiu, odejść na chwilę od diagnozowania świata, innych ludzi, oceniania, krytykowania i osądzania. Ona tego nigdy nie czyniła - wszystko, co poszło w jej historii życia ?nie tak?, a nie było tego wiele, składała na karb ?otchłani nędzy?, jak się sama określała, bez cienia fałszywej skromności, a dołączając do zgodnego chóru świętych wszelkich czasów i miejsc, którzy zgodnie podkreślali, że świętym ostatecznie jest tylko jeden Bóg, który udziela człowiekowi wszelkiej pomocy, nawet w sytuacjach życiowych realnie bądź pozornie beznadziejnych. Historia, nawet tylko ostatnich 17 lat, od czasu, gdy święto obowiązuje w całym Kościele powszechnym, pokazuje, że dzieje ducha Siostry Faustyny są autentyczne, w pełni zgodne nie tylko z Ewangelią, ale nawet pozornie odległymi tradycjami katolickimi, i potwierdzone jej cierpieniem i tym, co się obecnie dzieje dokoła największego sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikch, które co rok gości około dwóch milionów pielgrzymów ze wszystkich kontynentów, nawet z antypodów, najdalszych zakątków ziemi, którzy nie zważając na trudy i koszty pielgrzymi przybywają tu choćby jeden raz w życiu i wielu, bardzo wielu wraca z nową siłą, nadzieją i motywacją do pracy nad sobą, nawet jeśli nie wszyscy doznają widocznego uzdrowienia. Jednak wszyscy doznają o wiele ważniejszego uzdrowienia, czyli odpuszczenia wszystkich grzechów, win i kar (w święto Miłosierdzia), przebaczenia i pojednania z bliźnimi, uwolnienia od wszelkich nałogów, choćby najcięższych, a przede wszystkim odmiennego patrzenia na rzeczywistość wiary, prawdziwej, autentycznej duchowości i prawdziwej, autentycznej pobożności, wyrażanej w formach zewnętrznych. Czytałem latami ?Dzienniczek?, przychodziłem jeszcze jako mieszkaniec Krakowa często na modlitwę do Łagiewnik. Coraz bardziej wierzę Siostrze Faustynie. A zaczynałem jak wszyscy od niewiedzy, przez niedowierzanie, próby ?racjonalnego? wyjaśnienia fenomenu jej życia, aż po uczucie, że nie da się wszystkiego w jej życiu, jak i w każdym życiu wyjaśnić ?naturalnie?. Żywo stoi mi w pamięci dzień 1 maja 2011, kiedy papież Benedykt XVI dokonał uroczystej beatyfikacji sługi Bożego Jana Pawła II w Rzymie, co oglądano na całym niemal świecie. Było to właśnie w I niedzielę po Wielkiej Nocy, kiedy Jezus przyszedł po zmartwychwstaniu do zalęknionych mocno, by nie rzec przerażonych uczniów do wieczernika, gdzie spożywał z nimi Paschę i wypowiedział słowa ?Nie bójcie się?, które stały się całym przewodnim mottem długiego i obfitującego w wiele ważnych wydarzeń pontyfikatu Papieża z Wadowic. Dzień wcześniej przeszedłem poważne badanie okulistyczne z użyciem poszerzenia źrenic za pomocą atropiny i zostałem skierowany w trybie pilnym do szpitala okulistycznego z rozpoznaniem obuocznego zwyrodnienia naczyń krwionośnych w prawym i lewym oku. Nie będąc nawet po wielkanocnej spowiedzi, a także mało wierząc w Boga, mimo to poszedłem wieczorem do kościoła przy swojej parafii i modliłem się o pomoc. Nie byłem ubezpieczony, nie miałem pracy, więc pobyt w szpitalu i operacja laserowa, którą zalecano w badaniu z dn. 30 kwietnia na ostrym dyżurze w Krakowie przy ulicy Fiołkowej, zrujnowałyby mnie finansowo. Następnego dnia, 2 maja, w poniedziałek, spakowałem potrzebne rzeczy osobiste i ze skierowaniem z ostrego dyżuru udałem się o ósmej rano na Klinikę Okulistyczną przy Kopernika w Krakowie, gdzie zostałem przyjęty bez kolejki. Zarówno lekarz, który wykonał takie samo badanie, jak w sobotę, jak i przywołana dla potwierdzenia wyniku badania lekarka zgodnie stwierdzili, że żadnych zmian zwyrodnieniowych, polegających ogólnie na wrastaniu naczyń krwionośnych w rogówkę, co bez leczenia może prowadzić do ślepoty, nie można już stwierdzić. W związku z tym operacja nie jest konieczna ani żadne dodatkowe leczenie. Kilka lat później zdobyłem całą dokumentację z tej historii i napisałem obszerną relację do Watykanu za pośrednictwem kurii krakowskiej. Dokumentacja jest dotąd w moim posiadaniu. Historii podobnych do tej, choć wcześniej czytałem o wielu takich zdarzeniach, nie dowierzając w nie zbytnio, jest spisanych mnóstwo. Widocznie istnieją granice medycyny, poza którymi działa już tylko Bóg. Oczywiście, później starałem się wyjaśnić to ?naturalnie?, taką widocznie tendencję ma współczesny człowiek. Jednak badanie przy użyciu nowoczesnej aparatury, wnikliwe, dokładne, nie kłamie. Nie opowiadam o tym zbytnio, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że my współcześni ludzie jesteśmy jeszcze bardzo daleko od zdziwienia Tajemnicą. Bo cały kontekst (święto Miłosierdzia, beatyfikacja) dotyczy przecież miłosierdzia Boga, z którego ostatecznie wszystko wyszło i do którego wszystko powinno powrócić. I ogarnia ono nie tylko sprawy duchowe i moralne, ale codzienne, drobne, pozornie - jak w Kanie galilejskiej - nieistotne z perspektywy wieczności, ale istotne dla nas, którzy wciąż na coś chorujemy i na dodatek nie mamy pieniędzy na kosztowne operacje i leczenie, które pewnie też by pomogło. Jednak miłosierdzie Boże jest całkowicie za darmo. Bóg nawet nie oczekuje - znając nas dobrze - że będziemy za nie w podzięce leżeć w kościele krzyżem, choć byłoby to nawet mocno stosowne? Jezu, ufam Tobie! dr Rafał Sulikowski