Szczęść Boże. Dostałam, jak myślę swoistego denara (Mt 20) i mam wrażenie, że przyszłam w ogóle jako ostatnia, ale ja mawiam, że 18 lutego tego roku Bóg "zaciągnął mi ręczny hamulec", bo "swoim autem" zwanym życie, pędziłam ponad 300/godzinę ku zagładzie duchowej, ponieważ po śmierci 2 mężów, trójki pasierbów ( pierwszy mąż zaślubiony przed Bogiem odszedł i zostawił mnie z 3 letnim synkiem) oraz w sumie w przeciągu niespełna 11 lat - by się nie rozpisywać - straciłam, umarli mi i rodzice i 3 przyjaciół, i gdy w 2018 roku umarła na moich rękach pasierbica, niepełnosprawna Magdalenka, którą się opiekowałam, już jako "podwójna wdowa", to coś we mnie pękło... 3 prace, bo długi i od lat, od bardzo wielu lat, mówiłam Bogu Ojcu... By dał mi tylko zdrowie, a na resztę sama zapracuję. I co? I nie zapracowałam, długi były i są. A do tego Bóg Ojciec "MUSIAŁ" chyba dopuścić na mnie chorobę, zło, jakim jest RAK i po prostu zamienił ją na dobro. Ta choroba stała się łaską. Całe życie pomagałam chorym - 40 lat jako pielęgniarka na reanimacji - i wiedziałam, co ta choroba robi...i jak długo się z nią żyje... Więc by nadać cierpieniu sens, oddałam siebie i cierpienie Bogu Ojcu, TRÓJCY oraz Matce Bożej w kilka dni od diagnozy. Zawsze mi było "po drodze serca" z Bogiem, ale poprzez trudne wręcz toksyczne relacje moje z moim tatą - alkoholizm - moje postrzeganie Boga Ojca przerodziły się w lęk. Bałam się taty ziemskiego, jego ciosów, a więc "przerzuciłam te emocje na Boga Ojca, bo byłam mała, lecz ten lęk został, jak i MIŁOŚĆ, bo ja nigdy nie przestałam kochać mojego taty Stefana, a że moja mama Basia była chodzącym sercem, aniołem, więc moja odwaga i MIŁOŚĆ do Matki Bożej była pełna odwagi i zaufania. A Jezus był moim ukochanym, najdroższym, Przyjacielem, Miłością. Niestety, "zapomniałam" w modlitwach tak jakby o Duchu Świętym. Modliłam się w biegu, na szybko...Wciąż żyjąc w pędzie... A wracając do choroby ... operowana byłam, reoperowana, i wycięli mi 6 cm guza z jelit wraz z jelitami ponad 55 cm jelita grubego,... W dwa dni po operacji 2-04-21 roku pękło mi jelito i owa wspomniana reoperacja, a w międzyczasie ja zostaję "zaproszona" do czyśćca... i to dopiero jest SZOK, to piekło. ZA DUŻO BY TO WSZYSTKO OPISAĆ, ALE TO KOSZMAR, DO TEGO STOPNIA, ŻE gdy się w końcu wybudziłam - zaznaczam, że wszystko miało miejsce w WIELKANOC tego roku - więc gdy się wybudziłam krzyczałam, aby mi odstawiono leki, bo przechodzę przez piekło, bo widzę jakby noc żywych trupów, że to horror. I znów mam zapaść, lecz tym razem jest piękno... Leżę jako mała dziewczynka u stóp Matki Bożej, TA okrywa mnie swoim płaszczem, ma białe buciki, a na nich żółte kwiatki, a ja leżę na słodyczą i soczystością przepełnioną zielonej trawie i słodko śpię, ale jest jakby po trosze nas dwie, ja Marta stara 61 lat, i ta na "nowo „zrodzona 2 może 3 letnia dziewczynka. "Stara Marta widzi małą, ale ta jest zbyt szczęśliwa by widzieć cokolwiek innego niż tę wszechogarniającą ją słodycz i bezpieczeństwo. I to jest właśnie ów "ręczny hamulec Boga". Czas dziwnie mi płynął w szpitalu. Pamiętam sytuacje, słowa wypowiedziane przeze mnie, ale nie pamiętam komu. Jedno z takich zdań brzmiało; "Chyba zostałam wskrzeszona". I naprawdę nie wiem komu je wypowiedziałam, mało tego nie mam pewności, czy żyjącemu, czy tej osobie - Aniołowi, która mnie przeprowadzała i która podawała mi informacje. I jeszcze jedno... to działo się z 11-04 na 12go oraz z 12-04 na 13-04 te dwie noce były również fizycznym oczyszczeniem, ale ciała, i wszystko pamiętam i umieszczam to w określonym czasie i rzeczywistości. Przez obie te noce mój organizm niczym wulkan wyrzucał z siebie litry czarnej cuchnącej wody, tyle płynów "ustrojowych" nie wiem czy w ogóle istnieje w człowieku. Pielęgniarki całe noce, non stop latały do mnie, by mnie przebrać i by wymyć podłogi, ściany, bo naraz potrafiło wydobyć się ze mnie około 4litrów cuchnącej "wody", mówiąc mniej dosadnie i górą i dołem, przy zachowaniu świadomości i prawidłowych parametrów życiowych oraz krwi, nad ranem trzeciego dnia powiedziałam pół żartem do pielęgniarki, że "chyba wydaliłam - (użyłam dosadnego słowa - wyrzygałam) wszystkie komórki nowotworowe z organizmu, ale czy i nie swoista forma to oczyszczenia z grzechów (znak zapytania). I zaśmiałam się lekko, pewna tego, co powiedziałam. I jestem więcej niż pewna, że tak było, że to łaska Pana, o którą się modliłam.... A od chwili, gdy wyszłam ze szpitala, gdy stopniowo wracałam do sił... Nawróciłam się już jakby na maksa... Wciąż jednak pamiętając, mając świadomość własnej grzeszności, małości. I wzrastało we mnie, nie tak poczucie winy, ale wzmagała się silna potrzeba zadośćuczynienia krzywd, słowem, modlitwą i po jakimś czasie, kogo mogłam, a wiedziałam, że nie do końca sprawiedliwie w jej przypadku postąpiłam, przeprosiłam. Ale i ja wybaczyłam, z serca (zaznaczam, że przed operacją odbyłam spowiedź z całego życia. Komunia oraz sakrament chorych przyjęłam w domu, bo już byłam zbyt słaba), tak więc moje życie - obecne - to zmiana o 180 stopni i wiem, że te moje akty strzeliste, te na szybko, między jedną pracą a drugą, lub trzecią ( pracowałam do 400 godz. w miesiącu, bo też chciałam uciec z pustego domu, w którym w jednym pokoju w 2015 roku w Wigilię umarł mąż Henryk, w drugim Magdalenka - oboje na moich rękach - w trzecim pokoju ziała pustka, nawet w kuchni w 2019 roku był usypiany mój piesek Maks tak więc zaczęłam mówić, że żyję, bo muszę (nie uznaję samobójstwa, choć nie potępiam, a modlę się jedynie za tych nieszczęsnych)... że żyję, bo muszę, a nie, że chcę... Stąd też ta swoista ucieczka w pracę oprócz tego, że komornik zabiera mi połowę zarobków, by dług został spłacony... i co? Ani nie spłaciłam, ani nie uciekłam od "widma śmierci", a zapracowałam się, zaharowałam niemal na śmierć, i tę duchową również. Ale wielbię Pana - Abba, Tatusiu ( Z łaski Ojca relacje "naprawione”) i mimo, że mam przedostatni stopień raka żyję, co dziwi nawet lekarzy. Brak przerzutów! Bo ja oddałam się Ojcu, powierzyłam Matce Bożej (33 dni) i od kiedy mam siły, codziennie chodzę do kościoła, przyjmuję Ciało i Krew Zbawiciela, i wiem, że jak owa kobieta, która wierzyła, że samo dotknięcie szaty Jezusa ją uratuje, tak i ja czuję się podobnie - URATOWANA. Ale też i innych ŁASK doświadczam... Niemal codziennie, ale wszystko trwa trzy dni lub trzy razy w różnym czasie, a to zapach kadziła w miejscu - tylko w tym - gdzie się modlę w domu, innym razem zapach róż - świeży ujmujący - podczas przyjmowania Ciała i Krwi Zbawiciela - a podczas Adoracji, gdy wręcz nie spuszczam oka z HOSTII dostrzegam pulsowanie. Za pierwszym razem sądziłam, że to tętno w moich oczach, ale usłyszałam jakby wewnątrz głos "Patrz, bo zaraz zniknie", a ja usiłowałam właśnie pochylić się, aby sprawdzić zgodność tego pulsowania, z moim tętnem... gdy wybrzmiało we mnie to polecenie, aż znieruchomiałam, a po chwili rozpłakałam się rzewnie. Dziś było to samo... Tym razem jakbym "widziała?" ułożonego baranka, jego główka jakże mała oparta była o szkło monstrancji. Aha... ważne jest też i to, że gdy miałam zapaść, gdy prowadzono mnie przez czyściec, nad powierzchnią rozpadającą się i cuchnącą, najpierw z dala doszedł mnie głos, który nie był ani kobiecy, ani męski, trudno go sprecyzować, niemal zawołał: "NIE LĘKAJ SIĘ!... i w prawie w ułamku sekundy wybrzmiał powtórnie "NIE LĘKAJ SIĘ. JESTEM".
I zły szaleje porwał mi różaniec... sypał się nagle, jakby ktoś go niszczył, (zaznaczam, że miałam go prawie 10 lat, ofiarowany mi przez koleżankę, która przywiozła do z Watykanu, ale ja się nigdy na nim nie modliłam, bo nie umiałam, ale zawsze go miałam przy sobie, lecz nie używałam. Dziś potrafię 3 różańce odmówić i to z lekkością, choć gdy odmawiam tajemnice bolesne często płaczę, jakbym cierpiała... nie umiem tego nazwać inaczej, ale to jakby jednocześnie i moja skrucha i współodczuwanie smutku Jezusa. A co do wspomnianego różańca, to najpierw odpadł krzyżyk, nie poddałam się i naprawiłam. Na drugi dzień niemal cały rząd i znów naprawiłam. Gdy o tym powiedziałam księdzu ( mój zaprzyjaźniony spowiednik), ten dał mi swój, ale widziałam, że coś bardzo rozważa, ale jakby jeszcze nie był gotów się określić, a znamy się z tym księdzem dość długo... Dużo by pisać o tym, co się dzieje... Nie wiem, jaka jest WOLA mojego Pana, Boga Ojca, ale wierzę w Jego miłosierdzie, choć naprawdę nie wiem, czy ten rak nie wróci, bo czasem mam takie dziwne "podszepty", bym zgodziła się na cierpienie itd… Ale z jednej strony, dlaczego, gdy moje rokowania są teraz z łaski Boga tak dobre, miałby mnie "prosić", bym zdała się na cierpienie i w konsekwencji na umieranie, na śmierć? Od jakiegoś czasu te wewnętrzne informacje (a zawsze dotyczą modlitw lub tego, czy mam np. wstać, czy klęknąć, czy modlić się w uniżeniu) nasilają się. Nie budzą we mnie niepokoju, tylko wywołują ochotę błyskawicznego szczerego posłuszeństwa. Często "słyszę" (nawet teraz, gdy to piszę_) POKORA.