Szczęść Boże.
Większość świadectw pisana jest przez kobiety, dlatego postanowiłem napisać takie z punktu widzenia mężczyzny. O nasze dzieciątko staraliśmy się stosunkowo krótko, bo niecałe 5 lat (dziś możemy tak powiedzieć choć w trakcie starań wydawała nam się to wieczność). Była to droga z jednej strony bardzo trudna, a z drugiej o tyle prostsza, że mieliśmy słowo obietnicy od Boga na którym się oparliśmy, co pozwalało nam trwać w oczekiwaniu kolejne miesiące i lata.
W czasie tych lat starań i podróży po wielu miastach w Polsce byłem u 7 andrologów/ urologów zanim znalazłem tego właściwego, natomiast żona była u 11 ginekologów. 10 z nich próbowało nas przekonać, że jedynym wyjściem z sytuacji jest in vitro i inseminacja. Jeden z lekarzy powiedział nawet, że kładzie swoje wszystkie pieniądze na stół, że i tak wrócimy do niego po in vitro i że niepotrzebnie tylko tracimy czas.
My natomiast nigdy nawet nie pomyśleliśmy o tych opcjach, ponieważ uważaliśmy, że u Pana Boga nie ma dróg na skróty. Jeżeli zostaliśmy stworzeni przez doskonałego Boga w doskonały sposób, to skoro organizm nie dopuszcza do zapłodnienia, to ma ku temu jakiś ważny powód. Trzeba go wtedy „naprawić”, a nie oszukiwać. Dzięki takiemu podejściu udało się zdiagnozować wiele mankamentów naszych organizmów i wdrożyć leczenie. Bogu jako naszemu Ojcu zależało bowiem nie tylko na tym, by spełniły się nasze marzenia, ale także na tym, żebyśmy byli zdrowi.
Obydwoje zaczynając nasze starania byliśmy po 30. Żona miała m.in. dwa niedrożne jajowody, insulinooporność, hashimoto, nietolerancje pokarmowe, endometriozę. Konieczne były trzy zabiegi, w tym taki, który jest wykonywany tylko w jednym mieście w Polsce. Nie muszę chyba dodawać, iż jedyny ginekolog, który dawał nam szansę na naturalne poczęcie jest naprotechnologiem. Z moimi plemnikami też był problem. Choć usłyszałem od lekarza, że wystarczy jeden plemnik, by doszło do zapłodnienia. Ja czułem, iż w naszym wieku może to nie wystarczyć i trzeba poprawić parametry nasienia na ile to tylko możliwe, by dać sobie większe szanse na poczęcie. Skoro ciąży stale nie ma i żona „naprawia” siebie, to i ja chcę dać z siebie co tylko możliwe, by nie był to tylko jej trud i jej walka. Chociaż poczęcie dokonuje się w kobiecie, to mam wrażenie, że mężczyźni są w tym wszystkim często traktowani przez lekarzy po macoszemu lub sami stoją nieco z boku, czekając, aż ich żony cudownie zajdą w ciążę, podczas gdy po ich stronie też są możliwości „podkręcenia” własnych organizmów.
Tyle z kwestii medycznej. Czas przejść do najważniejszej kwestii tj. kwestii wiary.
Codziennie modliliśmy się do Boga, gdyż wierzyliśmy, że ma dla nas nasze biologiczne dzieci. Była to modlitwa często przez płacz, łzy i wycie z bezsilności. Zarówno ze strony żony jak i mojej. Ciekawe jest to, iż cierpliwość i cierpienie mają ten sam trzon „cierp”. My ćwiczyliśmy się w cierpliwości właśnie przez to nasze cierpienie niespełnienia. Miejscem, które trzymało nas najmocniej w wierze było Matemblewo w Gdańsku. Staraliśmy się tam przyjeżdżać, gdy tylko było to możliwe, a gdy nie mogliśmy być osobiście uczestniczyliśmy online każdego 8 dnia miesiąca. Napisałbym, że dowiedzieliśmy się o tym miejscu przypadkiem, ale dla mnie one nie istnieją. W Matemblewie spotkaliśmy takich samych ludzi jak my. Poczuliśmy się pierwszy raz jak wśród swoich, choć nie znaliśmy tam nikogo. Pierwszy raz nie byliśmy bowiem inni niż wszyscy, a dokładnie tacy sami jak tam zgromadzeni. Tam (w przeciwieństwie do naszych znajomych) nikt nie dawał „mądrych” rad i wskazówek, o których nie miał bladego pojęcia. Wszystkich jednoczył ten sam ból, ta sama nadzieja i to samo oczekiwanie. Baaardzo potrzebowaliśmy tej wspólnoty osób starających się. Nikt z boku nie jest bowiem w stanie zrozumieć osób, które co miesiąc niejako kolejny i kolejny raz obumierają, wraz z przychodzącą znowu miesiączką. W Matemblewie dowiedziałem się też o możliwości dołączenia do Róży Różańcowej. Modliłem się więc codziennie za nasze dzieciątko. Teraz modlę się codziennie za inne pary, które nadal czekają na swoje pociechy. Tak się składa, że nasza Anusia przyszła na świat miesiąc po kolejnej adoracji i Mszy w Matemblewie wraz z indywidualnym błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem oraz po nowatorskim zabiegu medycznym ostatniej szansy, na którym byliśmy w Warszawie.
Czy pomogła modlitwa czy zabieg, czy jedno i drugie to nie ma znaczenia. Poczęła się w czasie, w którym miała się począć.
Amen.
Dziękuję, Kochane Siostry, za modlitwę i za dzieło miłosierdzia, które tworzycie!