Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Chcieliśmy Wam przedstawić Krzysia. Krzyś ma 8,5 miesiąca jest piękny, zdrowy, silny, bardzo pogodny, nie płacze jak nie musi – mam nadzieję, że teraz nie będzie musiał. To jest mój mąż Rafał, a ja mam na imię Ania. Rafał ma 48 lat, a ja mam 47 lat i Bóg nas obdarzył wielką łaską. Pobraliśmy się 8 lat temu, zaczęliśmy się starać o dziecko 2,.5 roku później. Przegapiliśmy swoją młodość z różnych powodów. Dzieliła nas odległość, byliśmy zaangażowani w swoje sprawy zawodowe, a kiedy chcieliśmy to wszystko naprawić i kiedy marzyliśmy o założeniu rodziny, okazało się, że nie jest to takie proste. Zaczęliśmy korzystać z naprotechnologii niedługo potem poczęła się nasza córeczka Krysia. Umarła zanim się urodziła. Ma grób, takie dziecko można pochować, można nadać mu imię. Dowiedzieliśmy się tego wszystkiego od naszego lekarza, wspaniałego człowieka, który nigdy nie powiedział nam, że jest za późno i nigdy nas nie odesłał, ale starał się bardzo pomóc, tylko że po poronieniu było już coraz gorzej. Moje wyniki były tragiczne, było nam bardzo ciężko, a lekarze zaczęli nam proponować coraz bardziej agresywne leczenie, takie które mogłyby mieć negatywne konsekwencje dla zdrowia i szereg coraz bardziej specjalistycznych badań. W międzyczasie wybuchła pandemia, wiele ośrodków było zamkniętych, a nam też raczej nie uśmiechało się chodzenie po szpitalach i powoli zaczęliśmy tracić nadzieję. Leczenie to agresywne jakoś też do nas nie przemawiało, nie podjęliśmy go. Było nam bardzo ciężko, bardzo ciężko. Pewnego dnia rano w kościele, powiedziałem Bogu, że to już jest ponad moje siły, że to już jest sprawa dla Niego, że tutaj to, co może człowiek, to wszystko zrobił. Powiedziałam też Bogu, że jeśli mam być mamą to jestem, a jeżeli nie, to proszę o siły, żeby to przyjąć. To był też czas kiedy miałam bardzo trudny okres w pracy: z miesiąc, półtora spałam po 3, 4, 5 godzin na dobę i wtedy właśnie począł się Krzyś, po ludzku to jest niemożliwe. Ciąża była wspaniała, bez żadnych komplikacji, nie robiliśmy żadnych badań prenatalnych, no bo przecież nie można wybierać w darach Boga, przyjęlibyśmy jakiekolwiek dziecko Bóg by nam dał, czy zdrowe, czy chore i kochalibyśmy je tak samo. Zupełnie przypadkiem na mojej drodze Pan Bóg postawił wspaniałego lekarza, ginekologa z dużym doświadczeniem na emeryturze, ale przecież przypadek to drugie imię Boga. Przyjął nas bardzo ciepło, prowadził całą ciążę; ciąża była donoszona. Krzyś się urodził w 40 tygodniu. Ten lekarz z własnej woli poszedł do szpitala po tym, jak mnie sam tam skierował i rozmawiał z lekarzami tam pracującymi o mojej sytuacji. Przedstawiał całą ciążę, całą sprawę, nie musiał tego robić. Dziwnym zbiegiem okoliczności, podłączono mi KTG później niż zwykle, ale przecież przypadek to drugie imię Boga. Wtedy puls Krzysia zaczął słabnąć, trzeba było rodzić natychmiast. Bóg uratował to dziecko, Krzyś mógł nie przeżyć. Po porodzie Krzysia przywiozła mi pani pielęgniarka, zaczęłyśmy rozmawiać, okazało się, że jest naszą sąsiadką, która mieszka kilka domów dalej. To była kobieta z mojego snu, kiedy jeszcze nie było wiadomo, czy będzie chłopczyk czy dziewczynka, przyśnił mi się taki sen: po porodzie przynosi mi dziecko pielęgniarka, też ciemnowłosa i pytam w tym śnie, kto to jest? I usłyszałam „to jest Krzysiu” i jest Krzysiu. Bóg wybrał mu imię, Krzysztof to znaczy „przynoszący Boga” mamy nadzieję, że swoim życiem zaniesie Boga wielu, może robi już to w tej chwili teraz. Pan Bóg dal mi tę łaskę, że po porodzie mogłam i wciąż mogę karmić w naturalny sposób, to się nie zdarza w moim wieku, często młode osoby mają z tym problem. W czasie ciąży, w czasie porodu, dotychczas jak i w czasie poronienia Pan Bóg otoczył nas ludźmi, którzy nas najbardziej kochają. Moja mama i siostra, którym chcę bardzo podziękować za opiekę, miłość. O dziecko dla nas modliło się bardzo dużo osób. Rodzina, ale też osoby nieznajome, konsekrowane. Wiele osób się modliło, nawet jak obcy ludzie widzieli nas podczas ciąży modlili się za mnie, modlili się za Krzysia i robią to do teraz. Moc modlitwy wstawienniczej jest ogromna. Nasza przygoda z Matemblewem zaczęła się 3 lata temu, w maju byliśmy tu pierwszy raz po poronieniu i wracaliśmy tu kilkakrotnie. Uczestniczyliśmy, też w modlitwach o dar potomstwa, w modlitwach o uzdrowienie, a kiedy nie mogliśmy tego robić, osobiście staraliśmy się w miarę możliwości śledzić relacje w Internecie. To tutaj właśnie, w Matemblewie, u stóp Matki Bożej Brzemiennej pod jej cudowną figurą powierzyłam jeszcze niepoczęte dziecko Bogu, przez ręce Matki Bożej. Myślę, że ta cała nasza historia wskazuje na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, że Bóg nie pokazuje, kto tu rządzi, tylko wybacza, przytula ludzi, którzy nawet przegapili swoją młodość. Miłość Boga jest nieskończona, Jego dary są obfite, a doświadczenie cudu rzuca na kolana. Bóg prowadzi, tylko trzeba mu podać rękę.