Pragnę podzielić się moim dowodem pomocy świętej Faustyny. Była mi ona i nadal jest bliska, chociażby poprzez to, co przeżyła w swoim życiu, a także poprzez wybór jej imienia w sakramencie bierzmowania. Całą szkołę podstawową, gimnazjum byłam uznawana przez rówieśników za inną, gdyż byłam zamknięta w sobie, wiele razy słyszałam od koleżanek głupie odzywki. Poniżana byłam za to, że moja mama jest chora, mój tata jest gospodarzem domowym. Pamiętam jak dziś sprzątanie, pielenie przy różach przed szkołą na dzień Ziemi, kiedy to kolega przytoczył butem zatwardziałą kupę i powiedział: "Tyle jesteś warta, bo jesteś dzieckiem gospodarza". Potem bardzo tego żałował. Przyjaciółka, tak sądziłam zawsze, mi mówiła, że nie zasługuje na pewnego chłopaka, bo jestem z niższej półki. Bardzo cierpiałam, bo ten chłopak można powiedzieć był taką moją niespełnioną miłością, czego się domyślał, lecz wtedy po prostu nie był jakby do tego ,,dorośnięty". Próbowałam jakby znaleźć sobie też sympatię, ale zawsze trafiałam nie na tego chłopaka. Na wsi byłam wyszydzana też przez niektórych chłopaków, którzy także uważali mnie za dziwną. Moja siostra cioteczna była ich ideałem, którego zazdrościłam. Ja natrafiłam na różnych chłopaków.
Sądzę także, że jak mieliśmy wypadek w fiacie 125 p. Jechaliśmy z wujkiem, drugim wujkiem chorym i bratem drogą (wtedy) żwirową .
Żwir spowodował poślizg i ,,koziołkowaliśmy" dwa razy.Kiedy wyszliśmy z auta, okazało się, że pod spodem był jakby pożar, "podpalone", na dodatek jakbyśmy bliżej zaczęli się przewracać, to byśmy wybuchnęli w powietrze ..
Powiem tylko tyle: biegnąc wtedy, aby powiedzieć mojej babci i mamie, co się stało, zobaczyłam jakieś nie wiem może z 20 metrów od wypadku, może więcej, figurkę Krzyża Świętego z Jezusem. Potem zawsze idąc tamtędy kładłam kwiaty polne.
Też było wiele innych sytuacji, kiedy Bóg mnie przestrzegł. Siostra Faustyna dawała mi siłę, kiedy inni wyśmiewali się ze mnie z powodu wiary w Boga w szkole średniej czy też wtedy sądząc powołania do życia zakonnego...
Cóż ci ludzie zniszczyli moją psychikę, popadłam w depresję, a kolejno w nerwicę lękową. Następstwem tej choroby potem była psychoza (po urodzeniu dziecka), jednak mimo tego pragnęłam skończyć tę szkołę, którą rozpoczęłam. Jednak Bóg miał inne plany. Poznałam tam mojego obecnego męża właśnie w tej szkole, a maturę zdawałam już w innej, gdyż były warunki podyktowane przez prof. od języka polskiego. 13 osób nie dopuszczonych do matury z powodu ,,widzi mi się " tej Pani...
Cóż, idąc dalej życie nie było mi lekko. Zaszłam w ciążę w wieku 20 lat, wyszłam za mąż, a to, co przechodziłam to była jedna wielka walka gehenna. Wraz z lekarzem ustaliliśmy jak tylko się (dowiedziałam o poczęciu dziecka), że muszę odstawić leki, aby ono się urodziło zdrowe.
Też tak było. Przez 9 miesięcy wszystko we mnie się buntowało: ciało, umysł... Moje ciało reagowało bardzo źle na płód. Napiszę to wprost: po prostu umysł traktował je jako ciało obce do zwalczenia. Przez 3 miesiące ciągłe mdłości, brak siły, ciężkość, w 4 miesiącu ciąży rozwarcie na 4 palce, problemy z sercem pod koniec. Dodatkowo dochodziły sytuacje z hormonami, z psychiką, zmienne nastroje i ataki śp. teściowej: poniżanie wyzwiska... Po ciąży przez pół roku - anemia, nawrót choroby, depresja przechodząca w nerwicę, nerwica w psychozę... Nie miałam już sił. Leki i leki... jedne działały z korzyścią, drugie dawały nadwagę czy mlekotok, spadek libido do zera... Nastrój mój był różny, nawet były ataki nienawiści do całego świata. Kiedy ustawiono mi leki, które zaczęły powoli działać, musiałam także w międzyczasie nauczyć się pokonywać lęk. W końcu powoli, małymi kroczkami próbowałam się ,,podnieść", jechać gdziekolwiek, zrobić coś.... I tak krok po kroku. Też mój brat mówił, że to specjalnie, że udaję... 8 czy 9 lat walki z tym, co było okropne:. lęk, ból, strach, bieda...
Brat nie wierzył w moją chorobę, uznawał, że to moje widzi mi się ,aby nie iść do pracy. Także bratowa podchodziła do tego sceptycznie. Były różne myśli, mimo mojej głębokiej wiary.
W końcu byłam na skraju i było święto Miłosierdzia Bożego, jakie co roku w naszej parafii na ulicy K.K Baczyńskiego w Łodzi. Na koniec Mszy o 12.00 czy 13.00, głównej, odpustowej, zawsze siostry dają do ucałowania wiernym relikwie z kości św. Faustyny. Wtedy to powiedziałam: Boże, ja już nie mam siły tak dalej żyć. Wtedy to kiedy jedna z sióstr zbliżyła się, trzymając w dłoni relikwiarz świętej Faustyny. Ucałowałam z serdecznością i przytuliłam do siebie. Proszę mi wierzyć, że w tym czasie od głowy aż po stopy przeszło przeze mnie takie ciepło. Nie wiem, jak to opisać, w jaki sposób, jakich użyć słów. To ciepło nie było palące, tylko takie miłe, jakbyśmy kogoś przytulili. Po tym wydarzeniu moja choroba, owszem, jest ze mną nadal, ale mniej się objawia, jeśli mogę tak to ująć.
Dziękuję świętej za ten dar. Proszę ją, aby teraz, kiedy moje życie nadal ma różne sytuacje, nie zostawiała mnie. Myślę, że jakoś ona tam czuwa nade mną.