Aneta
Wyszłam za mąż w wieku 37 lat. Wraz z mężem pragnęliśmy mieć dziecko, więc od razu zaczęły się starania, niestety bezskutecze. Wizyty specjalistyczne, leczenia nie dawały rezultatu, więc mąż z czasem zaczął mnie zmuszać do poddania się zabiegowi sztucznego zapłodnienia. Doszły też inne problemy: brak pracy, konflikty z rodzicami męża i siostra. Moje małżeństwo było na krawędzi przepaści, czułam się samotna...
Czytaj całe świadectwo
Wyszłam za mąż w wieku 37 lat. Wraz z mężem pragnęliśmy mieć dziecko, więc od razu zaczęły się starania, niestety bezskutecze. Wizyty specjalistyczne, leczenia nie dawały rezultatu, więc mąż z czasem zaczął mnie zmuszać do poddania się zabiegowi sztucznego zapłodnienia. Doszły też inne problemy: brak pracy, konflikty z rodzicami męża i siostra. Moje małżeństwo było na krawędzi przepaści, czułam się samotna, niezrozumiana. W każdej wolnej chwili szukałam w internecie nowych świadectw, filmow, modlitw, sanktuariów. Aż pewnego dnia trafiłam na stronę św. Siostry Faustyny Kowalskiej. Przeczytalam "Dzienniczek" i "przywłaszczyłam" sobie piękne zdanie, które powtarzałam w momencie utraty nadziei: "O Boże mój, nadziejo moja jedyna, w Tobie położyłam ufność całą i wiem, że nie będę zawiedziona". Wpatrywałam się często w obraz Jezusa Miłosiernego, aby żebrać pomocy. Jednak brak porozumienia z mężem i ciągle kłótnie doprowadziły do tego, że zgodziłam się pójść do Kliniki Sztucznego Zaplodnienia. Wiedziałam, że to nie podoba się Bogu. Szukając właściwej drogi, nadziei, przystąpiłam do spowiedzi świętej. Wierzyłam, że Jezus zakrył się spowiednikiem, ale że to ON mnie spowiada. Obiecał mi, że przed grudniem czeka mnie niespodzianka, ale muszę wierzyć, modlić się i absolutnie nie poddawać się sztucznemu zapłodnieniu. Po kilku miesiącach zaszłam w ciąże, nie czułam się dobrze. Doznałam wiele nieprzyjemności ze strony rodziny męża. Po 8 tygodniach poroniłam. Nie muszę opisywać, jak się czułam. Po tygodniu wielkiej rozpaczy sięgnęłam po różaniec. Po odmowieniu od razu poczułam, jak ból odchodzi, jak przemienia się. Ta zmiana była natychmiastowa. Z pomocą Bożego miłosierdzia odnalazłam spokój i nadzieję, chociaż przychodziły i momenty zwątpienia, rozpaczy. Bóg działał w moim życiu pomału i niezauważalnie. Pewnej niedzieli na Mszy św. usłyszałam w sercu obietnicę Jezusa, że da mi dziecko, ale nie dla zasług moich modlitw, ale dlatego, że ON tego chce. Poczęłam i urodziłam zdrowe dziecko w Nadzwyczajnym Jubileuszu Milosierdzia Bożego i w dniu urodzin św. Siostry Faustyny Kowalskiej. Chciałabym dodać, że prosząc o dziecko, modliłam się do Jezusa: Jezu bez Twojej pomocy nigdy nie zostaniemy rodzicami, prace w jakis sposob znajde sama, prosze obdarz nas dzieckiem. Bog obdarzył nas wspaniałym synem. Pracy nie moglam znaleźć bardzo długo. Wiedziałam, że Jezus chciał, abym zrozumiała, że bez Niego nic nie mogę. Przepraszałam Go za te słowa modlitwy, ale praca nie przychodziła. Moja siostra zamówiła, na moją prośbę, Mszę św. w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy. Po niecałej godzinie zadzwonił telefon z propozycją pracy. Jeszcze nie wiem, czy dam radę utrzymać się w niej, bo nie jest łatwo, ale chcę zawierzyć Jezusowi, niech się spełni wola Boża. Pamiętam, że często zadawalam Jezusowi pytanie: Jezu, czy Ty mnie kochasz. Dzisiaj czuję, jak Jezus zadaje mi to samo pytanie: a czy Ty mnie kochasz? Tak, kocham Ciebie, Jezu, ale moja miłość nie jest tak doskonała jak Twoja. Pomimo otrzymanych łask dalej upadam, ale z Twoją pomocą podnoszę się, moja wiara jest chwiejna, a TY mnie umacniasz. Jak widzisz, bez CIEBIE nic nie mogę i nic nie potrafię. Dziękuję Ci za wszystkie otrzymane łaski. Jezu, ufam Tobie, Ty się tym zajmij. Twoja Aneta.