Byłam dziś świadkiem, jak człowiek publicznie odpowiedział, dlaczego zażywał narkotyki. Odpowiedział, że nie rozumiał, jak świat jest złożony, że po prostu jest szatan, i to jego sprawa; i że dziękuję Bogu, że Go uwolnił, bo to było okropne, ciemny czas, bardzo cierpiał (jakbym słuchała o sobie, tylko miałam inne problemy). Spytałam mądrego człowieka, który używał alkoholu przez większość życia, miał silną wolę, a nagle popadł w bardzo głęboki alkoholizm. – Dlaczego ty tak robisz, skoro wiesz, że to Twoje zatracenie, śmierć, wszyscy twoi znajomi prawie umarli… On odpowiedział: Wiesz, mnie tak wodzi po ten alkohol bezsilnie, ja nie mam wpływu, mnie tak wciągnęło zło… Wigilia, każde święto, stara matka płacze, szkoda mu jej, nie potrafi już sam… Mówił o samotności (że takie życie nie ma sensu) i że wstydzi się przyjąć pomoc, bo co inni powiedzą, że to jego upadek, słabość, przyznanie się, że sam nie może, upokorzenie; będą się śmiać, oceniać, a chciałby wyjść z tego, bo bardzo cierpi. Spotkałam osobę, która prowadziła badania. Wynikało z nich, że ludzie we wspólnocie mają siłę, by wyjść z takich nałogów, i dużo daje świadomość sama, że się inni za nich modlą; to siła i motywacja, i czują do tego wyzwolenie, jak inni odmawiają modlitwy, w ich trakcie (płaczą lub czują np. ciepło, mierzą się jakby z dużą siłą i ulegają). Nie są w stanie wobec tych ludzi nadużywać alkoholu, bo ktoś jest obok, i tak głupio, jak inni tego w grupie nie tolerują… A jeden człowiek przed śmiercią, kiedy nagle go sparaliżowało pod wpływem alkoholu, mówił, że on żałuje, że chciałaby cofnąć czas, że zrobił źle. Wyspowiadał się tak księdzu, jakie to było dobrodziejstwo, nadzieja (bał się, że źle żył, a nie śmierci; był przerażony, dobry człowiek, samotny też, tylko ten nałóg, niszczenie siebie i ból dla rodziny). Umarł. Pamiętam jego ostatnią Wielkanoc. Przyszedł w Wielką Niedzielę o poranku, że go jakby wodziło; następnego dnia, że on musi się napić i proszę załatwić transport. Wyciąga pieniądze, spore, i mówi, żeby go zawieść do sklepu z alkoholem, czynnego. Myślę sobie, to się źle skończy… Nikt nie miał wpływu na niego, nikt nie chciał jednak w tym brać udziału, a on mówił, że i tak zdobędzie alkohol. Śnił mi się po śmierci, biegł do kościoła, cieszył się, że jest w czyśćcu i prosił, by się za niego modlić. Bóg widzi to wszystko i starczy chwila żalu… By uratować życie. Ale czy warto tak umierać i w takich rzeczach zostawić innych? Bo jeszcze się zdaje, że się ma czas, że się jeszcze ma siłę, że jeszcze trochę można... A ten człowiek nagle nie mógł nawet wstać; ksiądz przyszedł, a on nie był w stanie, nawet do toalety nie mógł dotrzeć. Rodzina go potępiła i nie przyszła. Brzydzili się nawet...