"Po burzy zawsze wychodzi słońce.." Piszę to świadectwo, żeby być natchnieniem dla innych par oczekujących dziecka, które zostały doświadczone różnymi niepowodzeniami. Gdy nasza córka miała 5 lat, razem z mężem ponownie poczuliśmy instynkt rodzicielski i zapragnęliśmy drugiego dziecka. Niestety okazało się, że to nie takie proste. Kolejne miesiące starań przynosiły kolejne rozczarowanie. Mimo starań i gorącej, szczerej modlitwy nie udawało mi się zajść w ciążę. Po 5 m-cach nareszcie pojawił się pozytywny test ciążowy. Byliśmy bardzo szczęśliwi, od razu poinformowaliśmy całą rodzinę, a przede wszystkim córeczkę, która również czekała na rodzeństwo. Niestety radość nie trwała długo, w 5 tygodniu doszło do poronienia. Smutek, żal, rozczarowanie, poczucie niesprawiedliwości. Wtedy po raz pierwszy mąż powiedział do mnie: "Po burzy zawsze wychodzi słońce" - trzeba być cierpliwym. Nie potrafiłam się pogodzić z tą sytuacją, nie mogłam patrzeć na matki z wózkami, było mi bardzo przykro i strasznie im zazdrościłam. Lekarze uspokajali: "Tak czasami się zdarza, proszę się nie martwić i za 2, 3 m-ce można ponownie starać się o dziecko"- mówili. Nadszedł czas jeszcze gorętszej modlitwy; w tym czasie uczestniczyłam również w ŚDM w Krakowie, cały czas nosząc w sobie nadzieję, że Bóg wysłucha naszych modlitw. Po 3 m-cach znowu pozytywny test ciążowy. Znowu ogromna radość i rozpalona nadzieja, która tym razem trwała niewiele dłużej, bo w 7. tygodniu ponownie doszło do samoistnego poronienia. Tym razem podczas pobytu w szpitalu załamałam się, nie potrafiłam się nawet modlić z żalu i rozpaczy. Pomyślałam, że to koniec starań o dziecko, że nie jest mi pisane ponowne macierzyństwo. Wtedy mąż ponownie spokojnie powtarzał: "Pamiętaj, po burzy zawsze wychodzi słońce...". Cały czas wierzył, że się uda. Dzięki Bożej opatrzności (jestem o tym przekonana) moja rozpacz trwała krótko, zrobiliśmy z mężem badania genetyczne, które wyszły pozytywnie, a lekarz prowadzący stwierdził, że wszystko jest ok, że nie powinniśmy się poddawać i ponownie zacząć starania o dziecko. Po upływie kolejnego m-ca okazało się, że ponowne jestem w ciąży. Od razu byłam pod opieką lekarza, 4 tabletki dziennie do końca 4 m-ca. Dużo obaw, niepewności, wiele pytań: czy tym razem się uda? Czy dziecko będzie zdrowe? Wszystkie te obawy, lęki, niepewności zanosiłam Bogu w codziennej modlitwie, szczególnie za wstawiennictwem św. Dominika Savio (w Polsce mało znany, ale bardzo znany we Włoszech, wiele świadectw, patron dzieci poczętych, szczerze polecam). Za namową koleżanki z koła różańcowego (należę do niego od prawie 2 lat) wróciłam do duchowej adopcji dziecka poczętego (zapomnianej przeze mnie modlitwy) i okazało się (co nie jest przypadkiem, tylko kolejną Bożą opatrznością), że koniec modlitwy jest tego samego dnia, co termin porodu naszego maleństwa. Być może codziennie modliłam się o swoje nowopoczęte dziecko. Odliczaliśmy z mężem tydzień po tygodniu, modląc się przy tym gorliwie i oddając również Miłosierdziu Bożemu. I tak wytrwaliśmy do dnia porodu. Mimo, że był to środek lata, tego dnia było pochmurnie, deszczowo, a nawet burzowo, szaro i ponuro. O godzinie 9.15, kiedy urodził się nasz synek, wyszło słońce. Na sali porodowej w jednej chwili zrobiło się bardzo jasno, a jedna z pielęgniarek powiedziała: "Dokładnie w tej samej chwili, kiedy urodził się Pani synek, wyszło słońce". I to jest właśnie namacalny dowód na to, że warto zaufać Bogu, warto być cierpliwym i z nadzieją w sercu gorliwie się modlić, bo: "Po burzy zawsze wychodzi słońce".