Witam, mam 27 lat. W styczniu 2014 roku dowiedziałam się, iż w kościele Piotra i Pawła w Opolu odbędzie się Msza o uzdrowienie oraz Msza za kobiety w ciąży. Wtedy od pół roku mieszkałam z mężem w nowym wspólnie wybudowanym domu wraz z naszą wtedy 3 letnią córeczką. Od czasu przeprowadzki bardzo pragnęłam jeszcze jednego dziecka, mój mąż również. Jednak powstrzymywały nas dwie rzeczy, a mianowicie strach przed kolejnym poronieniem, ponieważ u mnie w rodzinie są problemy z utrzymaniem ciąży, dlatego też pierwsze dziecko poroniłam, a druga sprawa, to sytuacja finansowa. Baliśmy się, że nie damy rady. Mamy bardzo wysoki kredyt na dom i już, gdy pracowaliśmy we dwójkę, ledwo starczało do końca miesiąca. Gdybym zaszła w ciąży, musiałabym się zwolnić z pracy, bo ryzyko poronienia jest u mnie ogromne. Gdy pojechałam na Msze uzdrowienia, byłam od kilkunastu dni w ciąży. Pamiętam tę Mszę bardzo dobrze. Czułam, że Jezus jest tam obecny i że spogląda na mnie z ołtarza. Modliłam się i prosiłam Jezusa o zdrowe dziecko, szczęśliwe zakończenie porodu (tylko o to, o nic więcej). Miałam nadzieję, iż otrzymam "jakieś" słowa od Jezusa od kapłana lub tej Pani, jednak ich nie otrzymałam i byłam zawiedziona. Po Mszy, jakiś czas po wyjściu z kościoła..., wstyd mi się teraz do tego przyznawać, ale tak było: zwątpiłam..., zwątpiłam w to, iż Pan Jezus na tej Mszy o uzdrowienie jest bardziej obecny i bardziej wysłuchuje nas (naszych modlitw) niż w trakcie modlitwy wieczornej przed spaniem. Pomyślałam sobie, że przecież uczyli mnie na lekcjach religii, iż Pan Jezus jest wszędzie, widzi wszystko, słyszy wszystko. Zwątpiłam i przez 1,5 roku "zapomniałam" o tym ,że kiedyś w takiej Mszy brałam udział. Jesienią w 2015 roku, przez namowy koleżanki, znów byłam na Mszy o uzdrowienie w Opolu. Było wtedy bardzo dużo ludzi, trochę się spóźniłyśmy i stałyśmy z tyłu. W pewnym momencie poczułam, jakby ktoś z tyłu bliżej mnie podszedł po mojej prawej stronie. Ale nie słyszałam ani oddechu, ani śpiewu, ani kroków tej osoby. Coś kusiło mnie spojrzeć, jednak pomyślałam, że nie będę się do tyłu rozglądać. Po około 3 sekundach kapłan powiedział: "EZUS STOI TERAZ PO TWOJEJ PRAWEJ STRONIE I PYTA CIĘ: KIEDY BYŁAŚ TU OSTATNIO I CZY JEZUS CIE WYSŁUCHAŁ?". W tym momencie coś mnie pchało, by padnąć na kolana (chodź wszyscy stali), wylałam z siebie morze łez i przed oczami zobaczyłam film. Film całego 1,5 roku mojego życia. ZWĄTPIŁAM! A Jezus? Wysłuchał mnie, a co najważniejsze, nie tylko mnie wysłuchał, ale wyciągnął mnie z wszystkich problemów, które miałam w sercu wtedy, w styczniu 2014 roku, ale o które nie prosiłam Pana. Były to w szczególności problemy finansowe. W 2014 roku w styczniu, gdy razem z mężem, dowiedziałam się już, iż jestem w ciąży. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Jednak mój mąż nie spał po nocach, gdy się budziłam widziałam, jak grał w gierki na telefonie komórkowym. Bał się, że nie wystarczy nam nawet na suchy chleb z wodą na cały miesiąc. Też się bardzo tym przejmowałam, jednak wiedziałam, że zawsze mogę liczyć na wsparcie moich rodziców i że oni na pewno nie pozwolą nam chodzić głodni. A ja - kończyła mi się umowa w pracy na czas określony. Mówiłam zaufanym koleżankom w pracy o mojej sytuacji i doradzały mi, abym nic nie mówiła szefowi, ponieważ każdej pracownicy, której kończyła się umowa, a zaszła w ciążę, nie przedłużał jej. Jednak ja nie potrafiłam oszukiwać Szefa i coś mi mówiło, że muszę powiedzieć prawdę, i nie wiedziałam, co zrobić, by być nadal zatrudniona, a jednak leżeć w łóżku (ze względu na bardzo wysokie prawdopodobieństwo poronienia w tych pierwszych 3 miesiącach). W trakcie Mszy o uzdrowienie nie mówiłam Jezusowi o tych problemach, które wyżej wymieniałam, jednak Pan Jezus zaczął działać ;) ;) ;) CHWAŁA PANU !!! Spuchło mi lewe kolano i to tak bardzo, że było 3 razy tak grube, jak to zdrowe prawe, do tego ból niesamowity. Moja ginekolog powiedziała, że tylko ze względu na kolano dostaję L4 z pracy, szczerze mówiąc byłam szczęśliwa, gdy to usłyszałam, bo ważniejsze było dla mnie utrzymać ciążę, a kolanem jakoś mało się przejmowałam. Przez ponad 2 miesiące ból kolana nie ustępował, ciągle zwolnienia aż pewnego dnia mój szef zadzwonił do mnie, że mam już zostać w domu do porodu. Po kilku dniach kolano samo przestało boleć, opuchlizna zeszła. Koleżanki do mnie zadzwoniły mówiąc, iż mam do odebrania kolejną umowę..., umowę na czas NIEOKREŚLONY ;););) Mogę wrócić, kiedy tylko będę chciała znów do pracy! Moje koleżanki były w szoku tak samo jak ja! Skakałam z radości w domu po tym telefonie. A mój mąż był gotowy przyjąć każdą dodatkową pracę, jaką mu ktoś zaoferuje. Pan Jezus ciągle do nas przychodził. Przychodzili z prośbą o naprawę usterek w samochodach, stawiał namioty, okazało się, że potrafi znaleźć skrzyżowania żył wodnych (by wykopać studnię), przyszli nawet do nas do domu właściciele Zakładu Pogrzebowego również z ofertą dodatkowej pracy. Mąż nigdy nie odmawiał, często pracował od 7.00 do 24.00 a nawet 1.00 w nocy. Przyjeżdżając jedynie na obiad do domu i przygotowywał się od razu do kolejnej pracy. Ja długo myślałam, co mogłabym robić w domu, by chociaż trochę zarobić i odciążyć męża. Moja mama wpadła na świetny pomysł i robiłam makaron na sprzedaż. Ktoś podsunął nam również myśl, aby iść i zwrócić się o pomoc do Opieki Społecznej, dzięki temu też dostawaliśmy pieniążki ze względu na niskie płace. Dzięki wszystkim dodatkowym pracom zawsze mieliśmy te 40 czy 50 zł w portfelu na kupienie wędlinki, chleba, masła, mleka, kakao itp. I już tak bardzo nie baliśmy się, że nie będzie co do garnka włożyć. W czasie ciąży bardzo się oszczędzałam, chodziłam na badanie regularnie. Córeczka rozwijała się prawidłowo. Początek 9 miesiąca, poczułam słabsze ruchy i postanowiłam pojechać do szpitala i sprawdzić, czy coś złego nie się dzieje. Na szczęście po badaniach okazało się, że wszystko w porządku. Trzymali mnie w szpitalu jeszcze tydzień, ponieważ miałam nadciśnienie ciążowe. Dzień przed moim wypisem (czyli 6 dzień pobytu i ciągłego obserwowania tętna córeczki) nagle przyleciała do mnie położna iż musimy na USG. Byłam zdziwiona jej słowami, ale cóż poszliśmy na USG, które wykazało iż wszystko w porządku, więc podpięto mnie znów do KTG ( monitorowanie bicia serduszka malutkiej). Po minucie położna znów przyleciała i mówi, iż musimy na blok porodowy i tam będę podpięta pod KTG. Nic z tego już nie rozumiałam. Kazała wszystkie rzeczy zostawić i biegła, dosłownie biegła ze mną na ten blok, a tam... wszyscy już na mnie czekali. To było jak w filmie... Położna, która mnie przyprowadziła mówi: Pacjentka jeszcze nic nie wie... Wtedy ordynator podszedł do mnie z papierami i mówi, że muszę się zgodzić na natychmiastowe cięcie cesarskie, bo dziecko nie przeżyje... Nie potrafię opisać tego co czułam... Biegali wokół mnie, ciecie było wykonane bardzo szybko. Pamiętam jak leżałam i cały czas powtarzałam w myślach: "Panie Boże, Panie Boże, Panie Boże..." i miałam przed oczami jej pogrzeb i to tak długo aż moja córeczka przyszła na świat. Po kilku minutach lekarz podszedł do mnie i powiedział: "Anioł Stróż czuwał nad jej serduszkiem". Pępowinę przewieziono do innego miasta, by zbadać co było przyczyną tak nagłego spadku tętna. Jednak nic nie stwierdzono. Miałam następnego dnia przecież wyjść ze szpitala z córką w brzuchu, bo wszystko według lekarzy było w porządku. Gdybym wyszła..., wróciłabym z martwym dzieckiem w brzuchu. Do dnia dzisiejszego nie wiadomo, co było przyczyną. A dziś moja córeczka ma już 2,5 roku i jest okazem zdrowia i serduszko ma silne ;) CHWAŁA PANU !!! Moja starsza córka w przedszkolu bardzo zaprzyjaźniła się z pewną koleżanką, więc postanowiłam zaprosić ją razem ze swoją mamą do nas. Jej mama jak się okazało jest bardzo mocno wierzącą osobą i jeździ na różne Msze uwielbienia, uzdrowienia, a nawet poza Opole do innych dużych miast. Uwielbiam rozmawiać z nią o Bogu, jest to zawsze nasz temat numer jeden, jak się spotykamy. To ona "kusiła" mnie, abym pojechała z nią jesienią w 2015 roku na Mszę uzdrowienia do Opola. Teraz staram się być na każdej Mszy. Podsumowując: Byłam na Mszy i zwątpiłam. Pan Jezus "zaprowadził mnie za rączkę" po 1,5 roku jeszcze raz na Mszę, by przekazać mi, iż mnie nie zostawił, mimo że zwątpiłam i że wyciągnął nas z wszystkich problemów i dał nam zdrową córeczkę. CHWAŁA PANU, CHWAŁA PANU, CHWAŁA PANU !!! P.S. Pan mój jest tak dobry, iż od tego czasu znów mi pomógł w bardzo poważnych problemach w małżeństwie. Opiszę o nich z pewnością wkrótce. Poza tym na ostatniej Mszy o uzdrowienie, czyli 29 marca 2017, znów otrzymałam słowa od Pana Jezusa, wypowiedziane przez Panią przed ołtarzem oraz przez Kapłana. Również wkrótce napiszę o tym.