Kinga
Moje świadectwo chyba nie będzie mistrzowskie, bo zdaję sobie sprawę,że raz nadchodzą dni pełne nadziei, a raz ogarnia zwątpienie, co pociąga za sobą zupełną bezsilność. Przynajmniej tak jest w moim przypadku, więc... Moja wiara jest ciągle bardzo, bardzo słaba. Może nawet nikła albo żadna. Czuję jednak, że powinnam tutaj napisać o swojej historii. Tak, tak oczywiście pochodzę z rodziny wierzącej, choć właściwie to...
Czytaj całe świadectwo
Moje świadectwo chyba nie będzie mistrzowskie, bo zdaję sobie sprawę,że raz nadchodzą dni pełne nadziei, a raz ogarnia zwątpienie, co pociąga za sobą zupełną bezsilność. Przynajmniej tak jest w moim przypadku, więc... Moja wiara jest ciągle bardzo, bardzo słaba. Może nawet nikła albo żadna. Czuję jednak, że powinnam tutaj napisać o swojej historii. Tak, tak oczywiście pochodzę z rodziny wierzącej, choć właściwie to w praktyce tak to wyglądało odkąd pamiętam, że po prostu "wypadałoby chodzić do kościoła i żyć dobrze, bo tak. I jest Bóg, Niebo, Piekło, Czyściec, nie zadawaj pytań, przyjmij to na wiarę, to w końcu... wiara". Coś w tym stylu. Jeszcze kiedy byłam dzieckiem, wiedziałam, że mam problem z uzależnieniem od masturbacji. Czułam się z tym potwornie, czułam się dziwnym, chorym dzieckiem. Przyszłam na świat, kiedy moi rodzice byli bardzo młodzi, nie byłam planowana i choć cieszyli się, że się pojawię, sytuacja materialna była... zła. Musieli pracować, a ja dostawałam z babcią... Bardzo neurotyczną babcią, która oprócz zastraszania mnie (nie chciała źle, po prostu tak wyszło), dawała mi "coś słodkiego" za każdym razem, kiedy nie miałam się do kogo odezwać, z kim pobawić. Byłam tak naprawdę sama, babcia była ciągle zajęta: od przygotowywania obiadu, po długie rozmowy przez telefon aż do oglądania seriali, kiedy jedyne co mogłam usłyszeć to: "Cicho..." , pamiętam ten jej nieobecny głos. Jakby mnie tam właściwie nie było, nie powinno być. Ale takie dziecko nie uświadamia sobie, że jest samotne, odrzucone, zdane na siebie. Przyzwyczaja się, że tak musi być, bo tak jest. Stara się sobie to jakoś zrekompensować. Dzięki filmom dla dorosłych, które nocą oglądał mój tata, myśląc, że śpię... (tylko mama spała, ja akurat po nim odziedziczyłam bezsenność), zresztą cała relacja moich rodziców była przepełniona obrzydliwym erotyzmem. Obrzydliwym, bo bezwstydnym, którego się jednocześnie bałam i znajdywałam w nim równie obrzydliwą przyjemność. Od kiedy to odkryłam, zaczęłam uciekać w treści erotyczne, pamiętam jak zawzięcie ich szukałam, czując się przy tym tak podle... no i słodycze. To był mój świat. I tak już zostało. Miałam potem wielu facetów, z którymi współżyłam. Oczywiście, czułam się równie podle jak w dzieciństwie. Każdy kolejny związek się rozpadł, odchodziłam. W czasie związku z moim ostatnim facetem, wpadłam w okropnie ciężki przypadek nerwicy lękowej. Każdy dzień był dla mnie koszmarem, nie miałam juź siły żyć. Modliłam się o śmierć, tak silny był mój lęk. Mój były miał bardzo specyficzne podejście do spraw religii. Mówił mi, wręcz wmawiał, że np. kult Maryi nie powinien istnieć w wierze chrześcijańskiej i ten, kto się do niej modli, nie jest chrześcijaninem, bo Pismo Święte mówi tak i tak. Każda ze swoich teorii popierał Biblią. Nie miałam siły mu się stawiać, zwłaszcza pod koniec, kiedy zaczęłam być w naprawdę ciężkim stanie. Miałam tyle objawów fizycznych i tak silnych, że byłam pewna, że długo już nie pożyję. Nękały mnie myśli o chorobie. Miałam każdą chorobę, objawy wszystkiego... Od zakażenia każdą możliwą bakterią po raka, zawał serca, rak jelita, żołądka, dostrzegałam u siebie wszystko i ani trochę nie pomagała mi świadomość że to niedorzeczne. I tak się bałam, panicznie się bałam, naprawdę nie chciałam już żyć, modliłam się, żeby mnie zabrali do psychologa, psychiatry, strasznie chciałam o siebie walczyć. Ale mama krzyczała na mnie po każdym moim wybuchu płaczu, twierdziła, że mam sobie z tym sama poradzić, wziąć się w garść, bo "wymyślam". Wreszcie dzięki tacie (ma nerwicę lękowa również, od bardzo dawna, uzależnił się od psychotropów, właściwie wegetuje...) zabrali mnie do psychiatry. Ale wtedy było już tak źle, że byłam przekonana o chorobie psychicznej. Ciągle jestem, mam stany, o których ludzie nie lubią słuchać, bo... Niełatwo jest to sobie wyobrazić. Praktycznie cały czas czuję, że wszystko dookoła jest nieprawdziwe, zmyślone , sztuczne..., że to nie mój pokój. Nie mój dom. W lustrze nie poznaję siebie. Mimo to chodzę do kościoła (panicznie boję się ludzi, na Mszy parę razy byłam bliska zemdlenia, dusiłam się, dławiłam, nie czułam rąk i nóg), ale nie poddaje się, choć milion razy zwątpiłam w Boga. Kocham Go resztkami moich sił i niezależnie od tego, co się stanie, walczę z moim lękiem... mam nadzieję.