Zofia
Od jesieni 1982 roku, będąc w wieku 22 lat, miałam bardzo silne bóle kręgosłupa. Rozpoczęły się po urodzeniu dziecka. Bóle nasilały się bardzo nocą. Zmniejszyły się one przez okres kolejnej ciąży, ale po urodzeniu dziecka powróciły ponownie. Byłam pod stałą opieką specjalistyczną. Badania wykonane na miarę tamtych czasów nie wykazywały zmian chorobowych. W grudniu 1984 roku nogi miałam coraz to słabsze, a 20 grudnia...
Czytaj całe świadectwo
Od jesieni 1982 roku, będąc w wieku 22 lat, miałam bardzo silne bóle kręgosłupa. Rozpoczęły się po urodzeniu dziecka. Bóle nasilały się bardzo nocą. Zmniejszyły się one przez okres kolejnej ciąży, ale po urodzeniu dziecka powróciły ponownie. Byłam pod stałą opieką specjalistyczną. Badania wykonane na miarę tamtych czasów nie wykazywały zmian chorobowych. W grudniu 1984 roku nogi miałam coraz to słabsze, a 20 grudnia tegoż roku zupełny bezwład kończyn dolnych. Znalazłam się w szpitalu na oddziale neurologii w momencie gdy wszystkich wypisywali na święta Bożego Narodzenia, a w domu pozostała córka 3-letnia i syn 2-letni. Wcześniejsze moje leczenie przez cały czas prowadził ordynator tegoż oddziału. Po nakłuciu lędźwiowym okazało się, że jest przeszkoda na wysokości TH-5 i TH-6. Wykonano komplet badań. Po świętach odesłano mnie na oddział neurochirurgii, 90 km od domu, gdzie po wykonaniu badań specjalistycznych okazało się, że mam guza na rdzeniu kręgowym, wynikającego z ucisku kręgów piersiowych na rdzeń kręgowy (odcinek rdzenia kręgowego został zakleszczony pomiędzy dwa kolejne kręgi – wynik urazu przy porodzie). W każdej chwili mogło dojść do przerwania rdzenia kręgowego. Postawiono mi diagnozę: znikome, a raczej brak szans na chodzenie, nawet po zabiegu. Do szpitala przyjechała odwiedzić mnie moja mama. Była zupełnie bezradna, ale głęboko wierząca. Przywiozła mi małą książeczkę. Była to nowenna do Bożego Miłosierdzia. Powiedziała, aby to odmawiać. Mama odjechała, a współlokatorki poprosiły o wspólną modlitwę. Nowennę do Bożego Miłosierdzia, dla nikogo nam jeszcze nieznaną, odmawialiśmy codziennie o godzinie 15-tej. Na sali leżała ze mną, oprócz dwóch pań oczekujących na zabieg tak jak ja, kobieta w wieku 50-ciu lat, z którą nie było kontaktu – była na tzw. przetrzymaniu. W drugim dniu nowenny o godzinie 15-tej kobieta ta usiadła na swoim łóżku i odmawiała z nami Koronkę, a na trzeci dzień podeszła do mojego łóżka z krzesłem i razem odmawiałyśmy modlitwę. Wieczorem tego samego dnia kobieta opowiadała głośno o sobie, co było dużym zaskoczeniem zarówno dla nas jak i dla personelu szpitala i nie wierząc, co się dzieje na naszej sali, cały zespół medyków znalazł się u nas.
Operację miałam 5 stycznia 1985 roku. Zabieg przebiegł pomyślnie, ale nikt nie dawał szans na powrót do normalności. Dużo ćwiczyłam na miarę swoich możliwości. Byłam rehabilitowana. Na kontrolną wizytę wyznaczoną do specjalisty w szpitalu, gdzie byłam operowana, pojechałam za trzy miesiące po operacji autobusem na własnych nogach. Lekarz, który wcześniej mnie operował, bardzo długo mnie badał i na koniec powiedział słowa, które pamiętam do dzisiaj: „Pani wie, że to jest cud, proszę tu już więcej nie przyjeżdżać”. Byłam w szoku nie zdawałam sobie sprawy ze znaczenia tych słów. Po kilku latach od operacji lekarz, który prowadził moją rehabilitację, zapytał o mnie moją znajomą. Kiedy ta powiedziała, że ze mną pracuje, lekarz opowiedział: "Ta kobieta ma znajomości w niebie”.
W 2008 roku doznałam kolejnego urazu kręgosłupa. Wtedy była już możliwość wykonania rezonansu. W trakcie badania lekarz prowadzący podszedł do mnie i poprosił, aby mnie wysunięto z kapsuły i zapytał: "Kto mnie przywiózł i jak się poruszam”. Zapytałam, skąd to pytanie. Powiedział, że wszystko wskazuje na to, że jestem osobą niechodzącą. Wynik rezonansu: „Rdzeń kręgowy nie wypełnia kanału kręgowego, przekręcony, przesuszony”. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że została cudownie uzdrowiona. Dziękuję Bogu Miłosiernemu za cud uzdrowienia.
W dwa lata po zabiegu urodziłam zdrową córkę, cały czas pracowałam na oddziale w zawodzie pielęgniarki. Obecnie jestem już na emeryturze, a żadnych śladów po incydencie już nie ma. Bogu niech będą dzięki!