ŚWIADECTWO DOBREGO PORODU: Jestem osobą wysoko wrażliwą i mocno introwertyczną. Wysoka wrażliwość przejawia się m.in. tym, że mam bardzo czuły układ nerwowy – od dziecka bardzo nie lubię hałasu, przytłacza mnie duża ilość ludzi, nie znoszę mocnych zapachów i silnego światła. Mam też baaardzo niski próg bólu. Źle czuję się w obcych miejscach, w sali wypełnionej ludźmi zawsze zajmę miejsce gdzieś z boku (nigdy na środku), aby mieć możliwość swobodnej obserwacji. Szpitali nie znoszę od zawsze. Każda wizyta w tego typu miejscu powodowała we mnie ogromny stres (nawet, jak wchodziłam do szpitala tylko kogoś odwiedzić lub na pobranie krwi do analizy). Mam też bardzo ograniczone zaufanie do lekarzy i uważam, że niejednokrotnie naturalne rozwiązania są lepsze niż te, które proponuje medycyna akademicka. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie muszę chyba pisać, jaki stres wywoływała u mnie perspektywa zbliżającego się porodu. Dodatkowo, z uwagi na cukrzycę ciążową, czekała mnie perspektywa porodu wywoływanego (w położnictwie przyjęto procedurę, że jeśli kobieta z cukrzycą ciążową sama nie zacznie rodzić do końca 39. tygodnia ciąży, to wywołuje się poród). Już sam poród jest dla większości kobiet czymś, czego się bardzo boją – u mnie doszła jeszcze presja, że jeśli mój organizm nie zacznie rodzić do wyznaczonego dnia, to trafię do szpitala i będę musiała poddać się szeregowi ingerencji medycznych (np. podanie oksytocyny). Czułam się tak, jakby ktoś rozpoczął nade mną i moim dzieckiem jakieś okropne odliczanie… Zaczęłam się modlić w intencji dobrego, naturalnego porodu. Modliłam się regularnie w tej intencji właściwie od początku ciąży, ale im była ona bardziej zaawansowana, tym moja modlitwa była intensywniejsza. Moją ulubioną modlitwą stała się Koronka do Miłosierdzia Bożego. Odmawiałam ją regularnie, prosząc Boga, abym zaczęła rodzić przed końcem 39. tygodnia ciąży i aby mój poród był dobry i łagodny. Oczywiście nie poprzestawałam na samej modlitwie – wykonywałam polecane przez położne czynności, które miały na celu usprawnić poród (np. picie herbaty z liści malin). Cały czas prosiłam Boga o wsparcie. Prosiłam także o wstawiennictwo św. Faustynę. Brałam udział w Mszach uwielbieniowych, podczas których również modlono się w intencji mojego dobrego porodu. Prosiłam też Boga o wsparcie przy wyborze położnej, która miała mi towarzyszyć przy porodzie. Wybierałam spośród 3 osób. Po kilku tygodniach bicia się z myślami, oddałam tę sprawę Panu Bogu w modlitwie „Jezu, Ty się tym zajmij”. Zaraz po tym zawierzeniu, pojawiła się w mojej głowie myśl, abym otworzyła swój notes. Otworzyłam na chybił-trafił i pierwsze co zobaczyłam, to zapisane w notesie imię. Wiedziałam już, którą położną wybrać (było to imię jednej z położnych, pomiędzy którymi wybierałam). Jak się później okazało – wybór był bardzo dobry, położna była niesamowicie serdeczna, empatyczna i fachowa. Kiedy kończył się 39. tydzień ciąży, a ja nadal nie urodziłam, byłam załamana. Na własną rękę odczekałam niemal kolejny tydzień licząc, że poród jednak się zacznie sam i uniknę wywoływania. Nic takiego się nie stało. W końcu musiałam zgłosić się do szpitala w celu wywołania porodu. Byłam zła, przerażona i ogromnie rozczarowana. Bóg pokazał mi jednak, że tam, gdzie ja widzę porażkę, on może wyprowadzić dobre, a nawet najlepsze dla człowieka rozwiązanie… Patrząc na tę sytuację z obecnej perspektywy, kilka miesięcy po porodzie, uważam, że wszystko potoczyło się w sposób dla mnie optymalny. Procedura wywołania porodu nie była przyjemna, ale wszystko tak się poskładało, że w efekcie poród miałam dokładnie taki, o jaki prosiłam – szybki i łagodny. Dzięki wywoływaniu porodu nie musiałam oczekiwać w poczekalni izby przyjęć z dolegliwościami bólowymi – nic takiego nie miało miejsca. W chwili zgłoszenia się do szpitala poród jeszcze się nie zaczynał, więc cała procedura przyjęcia do szpitala przebiegała spokojnie. Jak na pierwszy poród, to był on bardzo krótki – trwał kilka godzin. Od rozpoczęcia się jakichkolwiek dolegliwości bólowych po oksytocynie do momentu podania mi znieczulenia upłynęły raptem 2 godziny, które zleciały mi bardzo szybko. Otrzymałam znieczulenie natychmiast, jak tylko go potrzebowałam. Zadziałało idealnie i wcale nie spowolniło przebiegu porodu. Cały personel, na jaki trafiłam podczas porodu, był bardzo serdeczny i życzliwy. Wszystko odbyło się bez najmniejszych nawet komplikacji. Dziecko przyszło na świat zdrowe, a ja czułam się na tyle dobrze, że 2 godziny po porodzie już stałam na nogach. Pan Bóg zadbał nawet o to, że po porodzie zostałam przewieziona do sali, w której był parawan, a moje łóżko było od strony okna (jak się później okazało, była to jedyna sala na oddziale, w której był parawan oddzielający łóżka pacjentek). Dla kogoś innego takie szczegóły pewnie nie mają żadnego znaczenia, ale dla mnie miały znaczenie kolosalne. Jak osoba wysoko wrażliwa, czułam się nieporównywalnie lepiej, mając taką „swoją” przestrzeń w sali i większą prywatność. Całe to wydarzenie porodu było największą w moim życiu lekcją zaufania Bogu. Bóg pokazał mi, że nie zawsze musi być tak, jak ja sobie wymyślę – bo może być dużo lepiej, jeśli odpuszczę kontrolę nad wszystkim i uwierzę Jemu. Jestem ogromnie wdzięczna Bogu za miłosierdzie, które mi okazał. Jola